Nie mam depresji

W ogóle. Wcale. Nic a nic.

Bo niby dlaczego miałabym mieć jakąś depresję?
Dlatego, że ten cholerny wiatr dziś o mało mnie nie przewrócił? Drobiazg!
A może dlatego, że pożarłam się wczoraj z siostrą? Skądże!
A może dlatego, że urząd skarbowy mi uparcie nie odpuszcza i żąda kolejnych dokumentów? Eee.
A może dlatego, że stłukłam kocią miskę na wodę, z której nabycia byłam bardzo dumna i która była jedyną z dotychczasowych misek, której Rudolf nie był w stanie wywrócić? Pfff!
A może dlatego, że w trakcie prozaicznej czynności, jaką jest odlewanie ziemniaków, wylałam sobie wrzątek na prawą rękę, brzuch i połowę uda? A gdzieżby tam!

W związku z powyższym chciałam oznajmić, że mam cudowny tydzień i oby tak dalej, no naprawdę…

Kwiecień, weź ty się już skończ, tak?
Pięknie proszę.

Mama Pawła…

…odebrała właśnie wyniki specjalistycznych badań.
Są pozytywne…
Wyrok znaczy…

Rak zajął otaczające tkanki i zaatakował węzły chłonne.
Morfologia krwi wskazuje na rozległe przerzuty.

Hanka jest zapisana na rezonans magnetyczny.
Trzeba ustalić stopień zaawansowania nowotworu.
I zacząć leczenie.

Gdzie jest, kurwa, Bóg?…

Wniosek

Biorąc pod uwagę, że:

  • w sobotnie popołudnie, zamiast biegać rączo po słonecznych polach, gramy w karty;
  • na imprezie z kolei gramy w butelkę na życzenia… i to nie życzenia typu: rozbierz się, jak normalni zdrowi ludzie, tylko na przykład: zrób mi herbatę;
  • a niektórzy to nawet tańczą na siedząco…

A więc wziąwszy powyższe pod uwagę, dochodzę do wniosku, że grzybiejemy
Czas chyba odmłodzić kadrę, bo za rok nie będzie nam miał kto kocyka podać…

Pyr pyr pyr

Wybrałam się do koleżanki w celach towarzysko-biznesowych – konkretnie w celu wypicia kawy, zjedzenia ciasta domowej roboty oraz zabrania pralki. Ksawier jest dość pojemny, ale ze zmieszczeniem do niego słusznych gabarytów sprzętu AGD mogłoby być słabo. 

Zatem wyjątkowo ochoczo przyjęłam propozycję: Weź Chrupka.
Trudno, tak? Misja warta była takiego poświęcenia.

Brzdęk! Jebut! Sruuu! Pyr pyr pyr – Chrup odpalił i niniejszym, o dziwo, postanowił współpracować. Spróbowałam pokombinować  z pokrętłem radia: szuuu szuuu módlmyyy się! Och, jakże adekwatny do sytuacji tekścior!
Poddałam się. Na szczęście.
(Ten cud motoryzacji najlepiej odbiera sygnał radia maryja.)

Wbrew moim poważnym obawom, Chrupek zawiózł mnie na miejsce, bezproblemowo zmieścił w swoim wnętrzu praleczkę, żwawo podążył w drogę powrotną i… dowiózł mnie do najbliższego skrzyżowania. Dalsza podróż najwyraźniej była ponad jego siły. Misja go przerosła. Albowiem wrzucając na owym skrzyżowaniu jedyneczkę, urwałam dźwignię skrzyni biegów. Normalnie się złamała!
Naprawdę nie sądziłam, że mam taką parę w łapach. Tak niepozornie wyglądam, a tu niespodzianeczka. Tadam!

Zasadnicze pytanie: czy się wmiauwiłam?
Ależ skąd!
W najmniejszym nawet stopniu!
Miałam wszak świadomość, że i tak jestem już martwa.
Zadzwoniłam więc do Pawła w celach holownicznych, jako ten skazaniec z ostatnim życzeniem.
– Jak to złamałaś dźwignię? Dźwigni nie da się ot tak złamać. To niemożliwe!
– A jednak możliwe. Trzymam ją w ręku i stoję jakieś trzy metry od samochodu, więc raczej już nie są nierozłączni…

Przeżyłam.
Piotr podszedł do sprawy nad wyraz spokojnie. Prawie się nie zdenerwował. Zabrał Chrupa na kanał i nawet był dla mnie miły. A konkretnie powiedział mi, że jak nikt inny potrafię sprawić, że krew w żyłach szybciej krąży.
Ach! To zapewne miało oznaczać, że taka gorąca laska ze mnie, prawda? Taki komplement, co nie?…

(Z tego stresu umyłam okna. W końcu.)

Rozmowy o życiu

Paweł o Piotrze:

On bywa cholernie trudny. Czasem ciężko się z nim dogadać, gdy wątek mu nie leży. Chowa głowę w piasek i wpienia mnie tym niemożebnie. A ludzie sobie bliscy powinni umieć ze sobą rozmawiać, nawet na niewygodne tematy.
Uważam, że chowanie łba w piachu nic nie da – łeb schowasz, a dupa i tak wystaje…

Coś w tym jest.

Wujek dobra rada

Znaczy doradzam w oparciu o własne, dosyć bolesne doświadczenie… Jeszcze świeże.

Ktoś zrobił mi świństwo. Obrzydliwe świństwo. Z gatunku tych, których się nie wybacza… Za które się mści… Łapie się za szyję i zaciska dłonie dopóty, dopóki ze świństwotwórcy nie ujdzie życie…

Owszem, wielka ochota na takowy wet za wet jest tak silna, że aż ściska w trzewiach.

Ale nie. Nie mordujemy.
Mimo, że każdy sąd by nas uniewinnił i skazał co najwyżej na czasowy pobyt w zakładzie zamkniętym dla chorych psychicznie (ze świetnym żarciem i nienagannym opierunkiem btw) – za zbrodnię w afekcie.

Co mianowicie robimy?
Uśmiechamy się lodowato.
Przyjmujemy przeprosimy – a juści – bez słowa, machinalnie kiwając łbem.
Bo wiemy, że właśnie jesteśmy górą.
Wiemy, że jesteśmy dobrym człowiekiem, który wybacza… Nieważne, ile to nas kosztuje. Choć – mimo wybaczenia – nie zapominamy
To silniejsze od nas. Ot, natura ludzka.

Przez chwilę zżera nas to od środka.
Ale tylko przez chwilę.
Bo wiemy, że zarówno dobro, jak i zło, powraca.
Z nawiązką. 

Zatem – zamiast żywić urazę – współczujemy.
Bo nieuchronne nastąpi.
Prędzej czy później. 
Na tym świecie lub na tamtym po drugiej stronie.

(Choć z doświadczenia wiem, że rewanżyk dokonuje się jeszcze za życia doczesnego…)

Poświątecznie

No i po świętach.

Mama zapakowała mi skwapliwie wałówkę: Tu masz schab. Do zamrożenia. Tu masz bigos. A tu masz sałatkę. Podpisz pojemnik. Podpisz koniecznie, bo ci się pomyli z bigosem… A tu są śledzie. Też podpisz. Nie marudź, tylko podpisz.
Tatko pod nosem: Bo ci się pomylą ze schabem
Mamcia: Mówiłeś coś?…
– Eee, niii…

W celach powrotowych za kółkiem musiały usiąść niewiasty, bo panowie wczoraj bardzo poważnie potraktowali zasadę „dzień święty święcić”…
Przesudowna ta naleweszka z szeheśni… No naphawdę… To jeszcze na dhugą nószkę… I  obie rąszki…
Zatem dziś – mus to mus.

-Tunia, co ty się tak wleczesz? Do jutra nie dojedziemy.
– Misiek, dupnij trochę ten pedał.

No to żem dupła, tak? Żem dupła pod samiuśkim fotoradarem. Będę miała cudne zdjęcie do paszportu. Albo do legitymacji służbowej. Łotewer.

Z godnością wznoszę czoło ku niebu oświadczając niczym Scarlet O’Hara: Pomyślę o tym jutro.
A właściwie pomyślimy, albowiem zdjęcie moje własne, wehikuł zaś niekoniecznie.

Póki co, mam poważniejsze problemy – jestem w zaawansowanej ciąży mnogiej z szarlotką maminej roboty.
Po rozwiązaniu się odezwę.

P.S. Małe czarne cudne. Drapie, podgryza i dyskutuje. Gulgocze jak Mikuś. Zakochałam się. 🙂

Przepis na szczęście

A konkretnie na szczęście męskie.

Na szczęście damskie przepis jest prostszy i krótszy, ale nie wiem, czy mój przepis na damskie szczęście może być traktowany jako uniwersalny, bo próba jest niereprezentatywna.

Wracając do tego męskiego zatem…

Składniki:

  • jeden samochód, najlepiej popsuty;
  • jeden kanał w garażu;
  • dużo metalowych zabawek w stylu: klucze francuskie, imbusowe, śrubokręty, kątowniki, teowniki, śruby, wkrętaki;
  • dużo hałasujących maszyn w stylu: wiertarki, szlifierki, szlifierki kątowe, spawarki;
  • jedno duże wiadro smaru;
  • dwóch dorosłych facetów.

Bierzemy dwóch dorosłych facetów i – krzycząc oraz tupiąc  wymuszamy na nich, żeby przynajmniej przed wejściem do kanału zdjęli dżinsy i założyli coś roboczego. Zakładają i wyglądają dokładnie jak dwa Teletubisie – jeden niebieski i jeden zielony. Następnie oba Teletubisie lądują w kanale, z którego wychodzą – na krótko – tylko i wyłącznie po to, żeby:

  • napić się piwa,
  • przetrącić przygotowaną przez niewiastę strawę,
  • pohałasować maszyną zbyt dużą, żeby ją zawlec do kanału,
  • napić się piwa,
  • postrzelać,
  • napić się piwa,
  • umazać się w smarze,
  • podrapać się i napić się piwa.

Specjalnie robiłam zdjęcia, bo na twarzy zielonego Teletubisia widniał wyraz tak absolutnego szczęścia, że nie mogłam tego nie uwiecznić. I im bardziej był umazany smarem, tym jego szczęście było większe.

Kto by pomyślał… 😉

Kolizyjnie

Rozwaliłam samochód. A raczej jego drzwi od strony pasażera. Sama. Własnoręcznie. A raczej własnokierowniczo.

Boże, jak mi wstyd…
Mój Ksawery Gustaw wylądował w warsztacie i Bóg jeden wie, kiedy będzie amnestia…

Gościu w serwisie: Ma pani sprawcę?
– Owszem. Stoi przed panem.

(Skrucha na maksa.)

Odwalam totalną konspirację. Udaję, że wszystko gra i buczy, a do pracy podwozi mnie koleżanka, która kompletnie nie umie jeździć. (Sławna Zofija.)
Zatem bryndza trochę, ne spa?…

Nie zamierzam się przyznać. Świeżo w pamięci mam teorię Piotrka: Wiesz, dlaczego kobiety żyją dłużej od mężczyzn? Bo Stwórca dał im ekstra czas na parkowanie.

Miauwa, śmieszne, co nie?
Ależ-się-uchachałam!
Prawie dowcip!

Pfff!