Wybrałam się do koleżanki w celach towarzysko-biznesowych – konkretnie w celu wypicia kawy, zjedzenia ciasta domowej roboty oraz zabrania pralki. Ksawier jest dość pojemny, ale ze zmieszczeniem do niego słusznych gabarytów sprzętu AGD mogłoby być słabo.
Zatem wyjątkowo ochoczo przyjęłam propozycję: Weź Chrupka.
Trudno, tak? Misja warta była takiego poświęcenia.
Brzdęk! Jebut! Sruuu! Pyr pyr pyr – Chrup odpalił i niniejszym, o dziwo, postanowił współpracować. Spróbowałam pokombinować z pokrętłem radia: szuuu szuuu módlmyyy się! Och, jakże adekwatny do sytuacji tekścior!
Poddałam się. Na szczęście.
(Ten cud motoryzacji najlepiej odbiera sygnał radia maryja.)
Wbrew moim poważnym obawom, Chrupek zawiózł mnie na miejsce, bezproblemowo zmieścił w swoim wnętrzu praleczkę, żwawo podążył w drogę powrotną i… dowiózł mnie do najbliższego skrzyżowania. Dalsza podróż najwyraźniej była ponad jego siły. Misja go przerosła. Albowiem wrzucając na owym skrzyżowaniu jedyneczkę, urwałam dźwignię skrzyni biegów. Normalnie się złamała!
Naprawdę nie sądziłam, że mam taką parę w łapach. Tak niepozornie wyglądam, a tu niespodzianeczka. Tadam!
Zasadnicze pytanie: czy się wmiauwiłam?
Ależ skąd!
W najmniejszym nawet stopniu!
Miałam wszak świadomość, że i tak jestem już martwa.
Zadzwoniłam więc do Pawła w celach holownicznych, jako ten skazaniec z ostatnim życzeniem.
– Jak to złamałaś dźwignię? Dźwigni nie da się ot tak złamać. To niemożliwe!
– A jednak możliwe. Trzymam ją w ręku i stoję jakieś trzy metry od samochodu, więc raczej już nie są nierozłączni…
Przeżyłam.
Piotr podszedł do sprawy nad wyraz spokojnie. Prawie się nie zdenerwował. Zabrał Chrupa na kanał i nawet był dla mnie miły. A konkretnie powiedział mi, że jak nikt inny potrafię sprawić, że krew w żyłach szybciej krąży.
Ach! To zapewne miało oznaczać, że taka gorąca laska ze mnie, prawda? Taki komplement, co nie?…
(Z tego stresu umyłam okna. W końcu.)