Czy chce pan porozmawiać o Biblii?

Ze świadkami Jehowy każdy miał w życiu styczność. Grasują w parach i są namolni, a równocześnie tak obrzydliwie mili, że nie sposób ich spławić ot tak kopniakiem z półobrotu.

Dwoje z nich postanowiło stanąć w progach rezydencji i zaatakować Pawła swoim zwyczajowym tekściorem: Czy chce pan porozmawiać o Biblii?
Paweł poszedł po linii najmniejszego oporu: Przykro mi, ale nie mam czasu.
I był pewien, że to załatwi sprawę. O naiwności ludzka!
– Jak to? Nie interesuje pana ogrom nieszczęścia ludzkiego na naszym świecie?!
– Państwo wybaczą, ale z ogromem nieszczęścia ludzkiego to ja się stykam codziennie. W pracy. A teraz chciałbym odpocząć, więc…
– Ooo! A z zawodu pan jest…?
– Płatnym mordercą. Specjalizuję się w zabójstwach na tle wyznaniowym.
– …

Zakochałam się po raz drugi. :)

Jak sobie wychować człowieka

Z chwilą powrotu mojej matki ze schroniska do domu, z zawiniątkiem pod pachą, nastała era małego czarnego.
Małe czarne już nie jest takie znowu małe. Rośnie i rości. Ba! Na własnym mymłonie wyhodowali dyktatora i krwiopijcę.

Tresura Dużych była dość rozciągnięta w czasie i żmudna, ale jakże skuteczna.

Ewolucja mojej matki postępowała etapowo:

  • miejsce kotów nie jest w domu – mają do dyspozycji taras, dwie ocieplone budki i cały ogród;
  • ok, koty mogą wchodzić do domu, ale nie ma wylegiwania na fotelach i kanapie;
  • ok, koty mogą leżeć na fotelach i kanapie, ale włażenie na stół wzbronione;
  • ok, trudno, skoro muszą, niech wejdą sobie na stół, ale wałęsanie się po chałupie nie wchodzi w grę;
  • ok, niech sobie łażą po chałupie, ale wstęp do kuchni kotom wzbroniony;
  • ok, niech sobie wchodzą do kuchni, ale nie ma wskakiwania na szafki;
  • ok, miseczki dla kotów muszą stać na kuchennych szafkach, żeby Hana im nie wyżarła.

Ciąg dalszy zapewne nastąpi. Czekam.

Stan na dziś:

Hana z Rudasem rozciągnięci na kanapie, moja mama przycupnięta obok, na samym brzeżku… Natomiast – gwóźdź programu (On jest taki biedny po tym odjajczeniu… Niech sobie kocina wygodnie poleży…) – Czarny rozwalony jak basza na ulubionym fotelu mojego ojca, a tatko obok na drewnianym taboreciku…

A jakoś tak świeżo kołacze mi się w pamięci  tekst: W moim domu nie będą mi koty rządzić! Zobaczysz!

Właśnie widzę.

O bezczelnych dostawcach mediów

Wspominałam już chyba kiedyś, że mam problem z fakturami, tak? Ano mam. Gwoli przypomnienia: ów problem polega na tym, że w momencie, gdy dostaję plik rachunków z prognozami na najbliższe pół roku (durny wymysł, swoją drogą), to kładę je w takim miejscu, żeby potem bez problemu je znaleźć… i od tego magicznego momentu ja i faktury tracimy ze sobą kontakt forewer. A potem płacę regularnie wezwania do zapłaty. No.

Żeby nie było – moja siostra też tak ma. Matka z uporem maniaka całe życie nam usiłuje wpajać zamiłowanie do porządku w papierach. Niestety, to orka na ugorze… Stwierdzam ten fakt ze smutkiem i prawdziwą skruchą. Ale nic nie jesteśmy w stanie na to poradzić.

I tak pewnego dnia dzwoni do mnie wkurzona młoda:
– Masz namiary na jakiegoś fachowca od kuchenek gazowych?
– Nie bardzo. A co się stało?
– Słuchaj, przychodzę dziś do domu, chcę wstawić wodę na herbatę, a ta franca zdechła. Tego mi jeszcze brakowało…
W tym momencie coś mnie tknęło…
– Siostra, wyjrzyj na klatkę schodową i sprawdź, czy licznik gazowy jest na swoim miejscu.
– No co ty! Pogięło cię? A gdzie indziej miałby być?
– Zaufaj mi i sprawdź…

Po dwóch minutach:
– Kurna no! Miałaś nosa. Ty sobie wyobraź… Ukradli mi licznik! Ładnych mam sąsiadów! Co za patologia!

Hm… Z tego co mi wiadomo, gazownia nie bawi się w wezwania. Preferuje raczej radykalne środki.

Po wyłuszczeniu młodej genezy problemu, usłyszałam:
– Ale proszę cię! Ile ja za ten cholerny gaz nie płaciłam? Raptem pół roku! Już by nie przesadzali!

Może powinnam zadzwonić do dostawcy prądu i użyć tego argumentu?…
Bo też przesadzają.
Histerycy.
Pfff!

O niczym właściwie

Jakaś nerwowa jestem ostatnio. Niedobrze.
Młoda mówi, że powinnam zacząć zażywać B complex.

Na odstresowanie urządzamy sobie wieczorami maratony filmowe.
Uwielbiam horrory, thrillery i s-f.
Komedie romantyczne odpadają.
Chociaż nie…
Jest jedna, którą lubię – „Milczenie owiec”.

No to wracam na seans.

Jestem zdegustowana maksymalnie

Emenemsy sprawili sobie akwarium. Takie m-e-g-a. Ciekawa jestem, kto je będzie czyścił. Moim skromnym zdaniem jedynym ratunkiem jest nabycie garnizonu glonojadów… Ale kto by tam słuchał rad słabej kobiety, ne spa?

Ok. Nie mój cyrk, nie moje małpy. (Ryby znaczy.)

Ryby zaś żywią się robakami. Tak.
I dziś właśnie Paweł zadzwonił i obwieścił mi radośnie: To ja teraz jadę po robaki, a później po ciebie.
Zwracam uwagę: jedzie po robaki, które po moim trupie spędzą choć minutę w mojej lodówce. Jedzie najpierw po robaki. Ja dopiero po robakach.

Pięknie. Że tak powiem… coraz lepiej.
To się nazywa udany związek.

Zajebiście.

Ale wspaniałomyślnie wybaczam. Ja raczej przeżyję przejażdżkę z Pawłem.
A robaki… No cóż…

Mógłby mnie ktoś uszczypnąć?
Albo walnąć spodniami?…

(Bo na ten przykład szwagier tłucze moją siostrę spodniami. Dżinsowymi. Skrajna patologia, wiem…
Ale dopuszczam. Tak, dopuszczam. Spodnie są luzik.
Ale robaki?!…)

Się zreanimowałam

Dziś rano wstałam z mocnym postanowieniem bycia nadal w złym humorze i okazywania tego każdemu ze wszystkich sił.
Niestety….
Przy myciu zębów bowiem Paweł załatwił mnie dowcipem o trzech nietoperzach – omal nie zadławiłam się szczoteczką. I cały misterny plan w piii…

Powolutku wracam na naszą zieloną planetę.
O ile mi znowu jakiś podzespół nie nawali…

I jak tam?

Po dniu kobiet znaczy?
Będzie kac czy ból zatok?… 😉

Bo u mnie w normie.
Znaczy się…
Wróć!
W sobotę dostałam kilka esemesów dziwnej treści.
Plus jeden głuchy telefon.
Jakiś maniak o imieniu Krzysztof chce ze mną współżyć.

Proszę mnie zahibernować i obudzić jakoś tak w środku maja.
Nie wcześniej! 

Mężczyzna

Jeszcze tak niedawno śmiałyśmy się z dziewczynami w robocie, że nasi panowie z wydziału mają w tym roku dyspensę. Jako że dzień kobiet przypada w niedzielę, nie muszą nam kupować tulipanków, czekoladek czy ciasteczek i pozostawiać cichcem na biurkach (do tej pory tak to mniej więcej się odbywało).

A dziś…
Dziś każda z nas zastała na swoim biurku doniczkę ślicznych prymulek.

Otóż Jacek…

(Miauwa, jak mnie to ruszyło no…)

Facet wyrwał z wyra o trzeciej rano, żeby być w hurtowni kwiatowej w momencie jej otwarcia i zaatakować… W firmie był o piątej z minutami i porozstawiał doniczki na wszystkich babskich biurkach – biurek owych jest około dwudziestu. Co istotne: pracę zaczynamy o godzinie siódmej trzydzieści.
Wzruszyłam się. Naprawdę.

Jedyny gej w naszym wydziale = jedyny prawdziwy mężczyzna tamże.

Miauwa no… 🙂