Wspominałam już chyba kiedyś, że mam problem z fakturami, tak? Ano mam. Gwoli przypomnienia: ów problem polega na tym, że w momencie, gdy dostaję plik rachunków z prognozami na najbliższe pół roku (durny wymysł, swoją drogą), to kładę je w takim miejscu, żeby potem bez problemu je znaleźć… i od tego magicznego momentu ja i faktury tracimy ze sobą kontakt forewer. A potem płacę regularnie wezwania do zapłaty. No.
Żeby nie było – moja siostra też tak ma. Matka z uporem maniaka całe życie nam usiłuje wpajać zamiłowanie do porządku w papierach. Niestety, to orka na ugorze… Stwierdzam ten fakt ze smutkiem i prawdziwą skruchą. Ale nic nie jesteśmy w stanie na to poradzić.
I tak pewnego dnia dzwoni do mnie wkurzona młoda:
– Masz namiary na jakiegoś fachowca od kuchenek gazowych?
– Nie bardzo. A co się stało?
– Słuchaj, przychodzę dziś do domu, chcę wstawić wodę na herbatę, a ta franca zdechła. Tego mi jeszcze brakowało…
W tym momencie coś mnie tknęło…
– Siostra, wyjrzyj na klatkę schodową i sprawdź, czy licznik gazowy jest na swoim miejscu.
– No co ty! Pogięło cię? A gdzie indziej miałby być?
– Zaufaj mi i sprawdź…
Po dwóch minutach:
– Kurna no! Miałaś nosa. Ty sobie wyobraź… Ukradli mi licznik! Ładnych mam sąsiadów! Co za patologia!
Hm… Z tego co mi wiadomo, gazownia nie bawi się w wezwania. Preferuje raczej radykalne środki.
Po wyłuszczeniu młodej genezy problemu, usłyszałam:
– Ale proszę cię! Ile ja za ten cholerny gaz nie płaciłam? Raptem pół roku! Już by nie przesadzali!
Może powinnam zadzwonić do dostawcy prądu i użyć tego argumentu?…
Bo też przesadzają.
Histerycy.
Pfff!