Kulinarnie

Ja – mięsożerca (mięsożerczyni?…) – wyobraźcie sobie, że cudownie gotuję. (??!!)

Okazało się, że gotuję tak wspaniale, iż zjadacz jest gotów pochłonąć wszystko, czym go poczęstuję. Więc nie dociekam, co ów zjadacz ma większe – serce czy głód – tylko gotuję jak szalona, póki mam dla kogo (zanim mi ucieknie nażreć się gdzie indziej 😉 ).
A muszę Wam powiedzieć, że żarcie wegetariańskie to dla mnie olbrzymie novum i trudno mi sprostać…
Ale daję radę.

Dziś stworzyłam:
kapuchę gotowaną z dodatkiem cukru, wegety pikantnej, wegety standardowej, suszonych grzybów leśnych oraz sosem pomidorowym, będącym twórczością mojego ojca.

Jezu, poezja wyszła… Nawet mi smakuje…
Świat się kończy… 😉

(Komuś przepis?… Czy sam opis wystarczy? 😉 )

Ja w kwestii formalnej…

Nie spierniczyło komuś z domu zwierzątko?…  
A konkretnie pająk ptasznik?

Pytam, bo taki potwór rozmiarów zacnych siedzi właśnie na moim kuchennym parapecie.
Słowo daję, skurczybyk jest wielki. I chyba żywi się kurczakami! Przed chwilą wydawało mi się, że się oblizywał, więc obawiam się, że zeżarł psa sąsiadów. Słyszałam jak go wołali i wołali… A pies nie przychodził i nie przychodził…

Podeszłam w celach negocjacyjnych.
Spojrzał na mnie wzrokiem pt.: Czego? Chcesz w ryj?

Matko kochana no… Przecież nie będę się z nim szarpać. Jak wyciągnę po niego rękę, może mi ją odgryźć przy stawie łokciowym.
Gdzie te chłopy, gdy są potrzebni???

(Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy, orły, sokoły, herosy… lalala…)

Póki co zabarykadowałam się w pokoju i liczę na koty.
Mam pepsi, zapas herbatników i korkociąg.
Żywcem się nie dam.

(Ratunku.)

Hipotetycznie…

Załóżmy – czysto hipotetycznie – że macie w swoim otoczeniu osobę dosyć sobie bliską. Ową osobę znacie już ładny szmat czasu. Lubicie ją i obdarzacie zaufaniem. 

I nagle dociera do Was informacja, iż osoba ta robi Wam klasyczną krecią robotę. Nie ma pojęcia, że o tym wiecie, zatem niezmiennie patrzy Wam prosto w oczy z rozbrajającą szczerością i uśmiecha się przyjacielsko…

A skoro już tak sobie rozważamy – nadal hipotetycznie ofkors – zapytuję niniejszym: co wówczas robicie?

Możliwe opcje, które ja brałabym pod uwagę, to:

  • zarzucam moją dosyć już wśród znajomych znaną anegdotą o krecie i podsumowuję znaczącym tonem: Bo krety tak mają. Wiesz coś o tym, ne spa?…
  • wypalam prosto z mostu: Wiem. I oczekuję wyjaśnień tu i teraz.
  • nie robię nic, rozluźniam kontakty – znajomość z czasem sama zdechnie.

Mój brat proponuje jeszcze bramkę numer cztery: sprawdzone i skuteczne w swej prostocie przyfasolenie w pysk.
Owszem, ulżyłoby…
Tyle tylko, że nie żyjemy w epoce kamienia łupanego, a zwyczaje jaskiniowców nie przystoją ludziom chcącym utrzymać jako taki poziom (nad czym oczywiście żywo ubolewam).

Zatem ponawiam pytanie, co byście zrobili?…
Hipotetycznie.

Miauwa.

Zagadka

Kto zgadnie, gdzie paniusia skitrała swoje zimowe oponki? 
No?
No???

(Zaznaczam, że chodzi o oponki samochodowe, nie te na boczkach. Tych drugich tak łatwo skitrać się nie da – nastaje wiosna i wyłażą na wierzch, niczym psie kupencje po roztopach.) 

Zwycięzca wygrywa czekoladę Milkę i uścisk dłoni prezesa.


Update godz. 17.44:
Widzę, że jest ciężko. 😉
Zatem mała podpowiedź: firma szwedzka, działa u nas od lat i jest zmorą zwolenników metody „zrób to sam”… 😉

 

Update godz. 18.33:

Dowód:

Martusiu, Twoja nagroda…

Milka:

Oraz uścisk dłoni (łapy) Prezesa:

:))

Oczywiście przy okazji zapraszam na osobistą degustację obu nagród. 😉

Klasa sama w sobie

Bywają na tym łez padole mężczyźni, którzy przepuszczają kobietę przodem w drzwiach. Zdarzają się też ewenementy, które otwierają kobiecie drzwi samochodu, gdy rzeczona kobieta jest pasażerem. Tak, moi drodzy.

Jest to miłe, nie powiem. Taka wpuszczana do i wypuszczana z samochodu, czuję się jak nowiusieńki, szeleszczący, pachnący jeszcze farbą drukarską milion dolarów. A to zobowiązuje. Taki damski milion dolców powinien wsiadać i wysiadać z klasą. Mniejsza o to, czy ów milion ma akurat na sobie kieckę koktajlową z falbaną i trenem na dwa metry oraz szpilunie od Diora, czy też stare obszarpane dżinsy i adidaski, które pamiętają czasy liceum.
Nie wysiadamy okrakiem, niczym chłop małorolny schodzący z pługa, nie, moje Panie. Wysiadamy z gracją: lekko, nóżki złączone, stópki razem, a następnie wdzięcznie podajemy dżentelmenowi swoją dłoń.
Wszystko jasne, tak?

Dziś zastosowałam ten manewr. Wszystko poszłoby jak po maśle, gdyby nie dosyć głośne traaach, przez które całą moją grację szlag jasny trafił. Otóż – gdy starałam się bardzo kobieco wysiąść, z tymi nóżkami, stópkami i w ogóle – pękły mi spodnie w kroku. Dżentelmen zaś skichał się ze śmiechu.
Dziękuję za uwagę.

(Bardzo trudno jest być kobietą z klasą.)

Pikaczu

Siedzę se trzeci dzień na przymusowym urlopie i już mnie nosi. Przymusowym, bo – jak sama nazwa wskazuje – zmuszono mnie prośbą i groźbą. 

(Ma pani niewykorzystane dni urlopu za zeszły rok. Czasem trzeba odpocząć. Won!)

Zatem co…
Posprzątałam.
Poprałam.
Nagotowałam dla pułku wojska (i pomroziłam).
Mogłabym jeszcze umyć okna, ale upiornie mi się nie chce.
I tak o.

Paweł się dzisiaj żalił: To ja muszę iść na urlop. Przemęczony chyba jestem. Na przykład dziś po drodze do pracy minąłem dwumetrowej wysokości pudełko chusteczek jednorazowych Zewa Softis…
Piotr mruknął grobowo: A ja widziałem pokemona Pikaczu…
Ożywiłam się: Ja też! Ja też! W dodatku kudłatego i na suwak. Pod postacią plecaka – na plecach bardzo poważnej obywatelki na oko lat trzy.
Piotrek: Nie, nie… Ten miał ponad metr dziewięćdziesiąt i zachowywał się nachalnie

Znaczy moje różowe słonie to był jednak mały pikuś.

O cierpieniu męskim

Wczoraj wieczorem zadzwonił Robert:
– Przyjeżdżajcie do nas na kolację.
– Żartujesz chyba. Właśnie się nażarłam jak dzika placków ziemniaczanych (trzy dni za mną chodziły, france) i zdycham.
– To przyjeżdżajcie na wino.
– Na wino, powiadasz?… Hm… Ok.

Grunt, to właściwy argument, ne spa?

Pojechaliśmy.
Oprócz wina wcisnęli w nas pierogi.
A po owych pierogach Janę dopadło. I zaczęła jęczeć:
– Boli mnie brzuch. Robert, weź coś zrób. Mamy ibuprom? Krzyż też mnie boli. Chyba mam owulację. O rany. Herbaty mi się chce. I soku. Ała.

Po paru minutach odezwał się nasz niezastąpiony w takich sytuacjach Piotruś:
– Wiesz co, skarbie? Gdybym miał kurnik i wszystkie kury by mi tak marudziły przy składaniu jaj, jak ty Robertowi, to nabyłbym dynamit i wysadził towarzystwo w powietrze.

(Uroczy jest, prawda? 🙂 )

A następnie strzelił sobie fantastycznego samobója:
– Jana, no naprawdę, przestań marudzić i cierp jak mężczyzna.

I tu, proszę Państwa, musiałam:
– Ma cierpieć jak mężczyzna, tak? Czyli co? Przy trzydziestu siedmiu stopniach gorączki ma zacząć pisać testament?

Jeden zero.
Przez nokaut. :)

Studenci…

Młode pokolenie… Przyszłość narodu… A część z nich – o zgrozo – to zastępy przyszłych lekarzy… Od nich niejednokrotnie będzie zależało nasze zdrowie i życie. Zatem tak sobie myślę, że bezpieczniej chyba jest od razu spokojnie sobie umrzeć. Tak na wszelki wypadek. Bo aż strach żyć…

Od zawsze powtarzam: żeby skończyć studia, nie trzeba być specjalnie bystrym, mądrym, inteligentnym – wystarczy być pracowitym. Ot co. Kiedyś przez myśl przeszły mi studia medyczne. Pogoniłam wówczas ten pomysł w diabły. Bowiem lekarz musi dokształcać się przez całe życie, a ja jestem patentowanym leniem. Trudno.

(Co nie zmienia faktu, iż bardzo żałuję, że nie zdecydowałam się na weterynarię. Ot, dygresja taka…)

Tyle tytułem wstępu.

Ad rem.

Paweł instruował dziś grupkę młodzieży w zakresie krwotoków tętniczych i żylnych. Instruktaż dotyczył konkretnie sposobów tamowania wyżej wymienionych. Gdy poinformował brać studencką, że w przypadku krwotoku szyjnego nie stosuje się ucisku, padło inteligentne pytanie:

Ale dlaczego?!

Paweł, wzdychając wymownie: Bo potem zapytają nas, czemu powiesiliśmy pacjenta w karetce…

 

Wpadłam pod stół i niniejszym zaliczyłam kolejny w swoim życiu zgon. :)))