Przystępując do sprzedaży nieruchomości, należy zadbać o obfotografowanie tejże.
O przysługę poprosiłam kolegę, który posiada niezły sprzęt (fotograficzny ofkors!) i niezłe oko.
Kolega się sprawdził i zrobił naprawdę piękne zdjęcia. Szapoba.
Jedna z agencji jednak postanowiła przysłać do mnie swojego profesjonalnego fotografa. Bo taka polityka firmy. Bo nie wykorzystują zdjęć klientów. Bo to poniekąd oznacza, że się nie starają. No ok…
Dziś pan fotograf profesjonalny zajechał.
Scenka rodzajowa:
Pan fotograf profesjonalny z bardzo poważną i profesjonalną miną rozkłada swój statyw, wyjmuje aparat, instaluje na owym statywie, gdy wtem…
Na scenę wychodzi mój Kuzco – przeciąga leniwie swoje kocie ciało, przeobrażając się niniejszym w jakiś metr bieżący kota z kością, i rozwiera paszczękę, błogo ziewając…
Pan fotograf profesjonalny niniejszym wykonuje zwis szczęki level master plus ostry wytrzeszcz gałek ocznych.
(Już wiem z autopsji, o co chodzi w zwrocie „mieć oczy, jak młyńskie koła”.)
I wówczas Kuzco zauważa pana fotografa profesjonalnego – oczy w słup, gonitwa myśli pt.: „Gdzie by tu spierdzielić”.
Myślałam, że zaraz obaj rzucą się na oślep do ucieczki, obijając się o ściany i o siebie nawzajem – jak na kreskówkach.
Zasadniczo dramatyczna sytuacja zakończyła się happy endem – Kuzco zrejterował, a pan fotograf profesjonalny, w stanie przedzawałowym, mimo wszystko przystąpił do misji.
(Do teraz dziki chichot mnie męczy. 🙂 )
Oblicze pana fotografa profesjonalnego prezentowało się mniej więcej TAK.