Niedziela handlowa

Zamiast uprzednio stuknąć się w głupi łeb, postanowiłam skorzystać z wolnego czasu i pomknąć do Ikea.

Niestety, z owego wolnego dnia postanowiło skorzystać również całe, miauwa, Trójmiasto i połowa, miauwa, Kaszub.
(Co zdrowo myślący, rozsądny człowiek by przewidział.)

$$%#%#&%$^%#

Proszę nie zadawać trudnych pytań…

Pan fotograf profesjonalny

Przystępując do sprzedaży nieruchomości, należy zadbać o obfotografowanie tejże.
O przysługę poprosiłam kolegę, który posiada niezły sprzęt (fotograficzny ofkors!) i niezłe oko. 
Kolega się sprawdził i zrobił naprawdę piękne zdjęcia. Szapoba.

Jedna z agencji jednak postanowiła przysłać do mnie swojego profesjonalnego fotografa. Bo taka polityka firmy. Bo nie wykorzystują zdjęć klientów. Bo to poniekąd oznacza, że się nie starają. No ok…

Dziś pan fotograf profesjonalny zajechał. 

Scenka rodzajowa:

Pan fotograf profesjonalny z bardzo poważną i profesjonalną miną rozkłada swój statyw, wyjmuje aparat, instaluje na owym statywie, gdy wtem…

Na scenę wychodzi mój Kuzco – przeciąga leniwie swoje kocie ciało, przeobrażając się niniejszym w jakiś metr bieżący kota z kością, i rozwiera paszczękę, błogo ziewając…

Pan fotograf profesjonalny niniejszym wykonuje zwis szczęki level master plus ostry wytrzeszcz gałek ocznych.

(Już wiem z autopsji, o co chodzi w zwrocie „mieć oczy, jak młyńskie koła”.)

I wówczas Kuzco zauważa pana fotografa profesjonalnego – oczy w słup, gonitwa myśli pt.: „Gdzie by tu spierdzielić”.

Myślałam, że zaraz obaj rzucą się na oślep do ucieczki, obijając się o ściany i o siebie nawzajem – jak na kreskówkach.

Zasadniczo dramatyczna sytuacja zakończyła się happy endem – Kuzco zrejterował, a pan fotograf profesjonalny, w stanie przedzawałowym, mimo wszystko przystąpił do misji.

(Do teraz dziki chichot mnie męczy. 🙂 )

Oblicze pana fotografa profesjonalnego prezentowało się mniej więcej TAK.

Na drucie…

Moja czadowa mama: Dziś twój ojciec znowu się obraził. Już się nawet nie przejmuję.
– Mamo, bo wy w ogóle nie rozmawiacie. Musisz z nim częściej rozmawiać. Z dziećmi się rozmawia i tłumaczy. Najtrudniejsze u chłopców jest pierwsze czterdzieści lat dzieciństwa. Potem to już z górki…
– Oj, dziecko, ja się absolutnie nie żalę. Chcę tylko, żebyś miała świadomość, jaki on jest. Bo gdy ja odejdę pierwsza, wy z nim zostaniecie…

(Moja czadowa mama od kilku lat wybiera się na tamten świat jakoś tak raz na kwartał. Także spoko.)

– Spokojna twoja rozczochrana, mamo. Ulokuje się go w klatce, wstawi michę, kuwetę i tatko ogarnięty.
– Ta klatka to spora będzie musiała być, bo ostatnio mu brzuch rośnie…
– To trzaśnie mu się wolierę z dużym wybiegiem i lianami. Naprawdę, nie przejmuj się. 
– Trochę mnie uspokoiłaś…

Także, wiecie… Spoko.

Zapewne przez opary farby…

… mój mózg przeszedł na wyższy level…

Proszę mi wierzyć albo nie, ale ostatniej nocy budziłam się średnio co pół godziny, niezadowolona ze snu, który aktualnie śmiał mi się śnić. I tak zaprogramowałam swoje zwoje, że któraś z kolejnych prób zakończyła się spektakularnym sukcesem – przyśniło mi się dokładnie to, co chciałam.

Remonty nie są takie złe… 😉

Lamia :)

Prawdziwy drapieżnik!

Dziś w nocy stoczono małą wojenkę.

Kicię zaatakowały następująco:
– kalendarz ścienny,
– cztery serwety,
– gazeta,
– święty obrazek (!!!),
– zegar z Kubusiem Puchatkiem,
– zawartość prawej strony szafy.

Mała była dzielna i się nie dała.
Pokonała wszystkich wrogów.

Lamia rośnie jak na drożdżach.


Bo parkować to trzeba UMIĆ…

Od dziś przez tydzień zajmuję się kolejnym kociakiem, którego opiekunowie wyjechali na tydzień. 
Na ich osiedlu jest ogromny problem z parkowaniem (jak ostatnio wszędzie w naszym kochanym mieście), ale ponieważ na poziomie zero jest ich garaż, zawsze parkuję sobie tam jak panisko na podjeździe.
Dziś jednakże nie dane mi, miauwa, było, ponieważ pan taksówkarz zaparkował swojego rzęcha na chodniku przy wejściu na klatkę schodową, centralnie na wjeździe do garażu.

Owszem, po jakichś dwudziestu minutach znalazłam jakąś miejscówkę, pierdyliard metrów od celu i – siłą rzeczy – malutki wkurwik mnie dopadł.

Pozwoliłam sobie wykręcić numer do korporacji i wyrecytować pełnym słodyczy głosikiem (choć przysięgam, że jad skapujący z moich ust korali wypalał dziurę w chodniku):

– Dzień dobry. Państwa kierowca zablokował mi niniejszym wjazd do garażu. Wyjścia z tej – bądź co bądź – nieco niezręcznej sytuacji są trzy… Bramka numer jeden: wykorzystam zdjęcia, które właśnie zrobiłam i zadzwonię do straży miejskiej – koszt: laweta plus mandat pińcet zeta z punktami karnymi w gratisie. Bramka numer dwa: obkleję szyby naklejkami o znanej powszechnie treści i państwu kierowcy zdrapywanie ich zajmie czas do najbliższych świąt bożonarodzeniowych, przy pomyślnych wiatrach. Bramka numer trzy: pan szanowny zabiera swój wehikuł z podjazdu z prędkością nadświetlnej. I tu następuje emocjonująca chwila – którą bramkę wybierze kierowca państwa korporacji?…

Po dosłownie minucie oczom moim ukazał się kark w dresikach z trzema paskami (czemu mnie to nie zdziwiło…), który rączym kłusem wręcz wytorpedował z klatki schodowej i dosiadł swojego mustanga, aby następnie z piskiem opon opuścić miejsce zaszłości. (Chyba naprawdę osiągnął nadświetlną…)

Nawet nie zdążyłam się słodko uśmiechnąć w ramach podziękowania…
Pfff!

Zawód: pośrednik obrotu nieruchomościami

Jako że chałupa się odpicowuje powoli, należałoby się zdecydować w końcu na zakup jakiejś konkretnej działki budowlanej. 
Mam parę na oku, ale wczoraj znalazłam kilka nowych ofert i postanowiłam uzupełnić wiedzę o nich, wysyłając maile do pośredników (do jednego dzwoniłam i ustaliłam, że podam swój adres email w oczekiwaniu na informację).

Dziś spodziewałam się ataku maili zwrotnych… I wiecie co?… 
Zero. Null. Pustka.

Jeśli dziś pośrednicy TAK pracują, naprawdę nie dziwię się ogólnej niechęci do tego zawodu. Pracowałam w nim kilka lat (studia podyplomowe plus licencja) i szanowałam swoich potencjalnych klientów. Gdy zdarzyło się, że w danym momencie nie byłam w stanie udzielić informacji, o którą proszą, odpisywałam: „Proszę mi dać parę godzin, dowiem się”.

A tu: totalna zlewka.

Smuteczek. :/

Na drucie… 1

Dzwoni moja czadowa mama:
– Ech, z tym twoim ojcem… Mówię ci… Robi sałatkę od tylu lat i zawsze robi dla pułku wojska! Mówię mu, żeby robił mniej, a on mi ta to, że nie potrafi… Jezu, ile sałatki zostało… Znowu się zmarnuje… Ech, z tym twoim ojcem…

Po pięciu minutach dzwoni mój czadowy tato:
– Ech, z tą twoją matką… Mówię ci… Dwie łyżeczki sałatki zostały. Dwie łyżeczki! Ja już nie mam siły… Ech, z tą twoją matką…

Kocham ich ogromnie.
Równocześnie cieszę się bardzo, że dzieli nas trzysta kilometrów…

(Proszę nie pytać o powód mojej radości, doprawdy.)

Dulux – kolory świata

Zaplanowałam wstępnie kolory ścian na poddaszu i półpiętrze:

  • moja sypialnia – czas Prowansji;
  • pokój gościnny – szczypta cynamonu;
  • biblioteczka – bambusowy gaj;
  • pokój nadprogramowy dla kotów i dla mojej rekreacji – apetyczne tapas.

Na dole zaś:

  • salon, kuchnia i przedpokój – promienny świt (replika mojego aktualnego mieszkania);
  • gabinet – dryfujące kry.

Nie, nie jest to lokowanie produktu.
To jedynie szczery zachwyt.
(Nie jestem celebrytką-blogerką, której się płaci za post. 😉
Choć ubolewam.)

Ot, jestem zachwycona duluxem, bo świetnie kryje, dzięki czemu nie trzeba się zbytnio narobić… 
Ma też fantastyczne kolory do wyboru…
Oraz wydziela bardzo intensywny zapach, który wietrzeje dopiero po jakichś 24 godzinach, miauwa…

(Jestem w trakcie odświeżania mieszkania.
Owszem, chyba się dziś zbytnio nawąchałam…)