Walę tynki iz kamin tu tałn

Czy Was też już zalało tsunami serduszek, baloników i różowych misiów?

Ja już to-bulbul-nę!

:/

P.S.: A Grej w kinach? Nie zalała Was dodatkowo fala „porno dla mamusiek”?…

P.S. 2: Wiedziałam… Na podstawie totalnego szmatławca nie da się stworzyć super-filmu…

P.S. 3: Jana uważa, że P.S. jest bardzo ważny. 😉

Bo czwartek… Bo tłusty…

Zaglądam tylko na chwilę, żeby dać znak życia i oznajmić, że mam się prawie dobrze. Albowiem jestem w czwartym miesiącu ciąży mnogiej z pączkami lukrowanymi z nadzieniem z marmolady.

Miauwa, nie spojrzę na pączki przez najbliższe siedem lat!

Komuś pączka?
(Pączkiem?…) 

Takie tam w łazience…

Moja siostra weszła w kolejny etap w swoim Tour de Pologne, zwanym ciążą, mianowicie: kibelek. Ponieważ młode doszło do wniosku, że pęcherz matki jest świetnym łóżkiem wodnym i doskonale się nadaje do różnego typu akrobacji, „nosicielka” zwiedziła już łazienki wszystkich swoich znajomych, moich znajomych, rodziny, przyjaciół, normalnie gdzie-się-tylko-dało. Częstotliwość ma równie imponującą, co zakres działania.

Dziś przyjechałyśmy do emenemsów i młoda niemal staranowała otwierającego nam drzwi Pawła:
Z drogi, bo nie wytrzymię!

Pogalopowała do łazienki na górze, a po paru sekundach usłyszeliśmy jej krzyk.
Matko boska, mało się nie pozabijaliśmy na schodach! Przez głowę przeleciało mi stado strasznych myśli…

I cóż się okazało?…
Otóż moja wrażliwa siostra wpadła centralnie na wychodzącego spod prysznica Piotra.
A wrzask wydała z siebie taki, jakby zobaczyła szarżujące stado wściekłych mamutów, a nie homo sapiens płci męskiej.
No wielkie mi halo.
Paczta ją, jaka dziewica orleańska!
A ja przez ten jej wrzask mało nie zeszłam!

Piotrek jest zdania, że to był okrzyk zachwytu.
No nie wiem.
Ja tam bym dyskutowała…
Hyhy. 

Survival kuchenny

Ponoć każdy kot ma bzika na punkcie czegoś. Jeśli nie ma, po prostu to coś nie zostało jeszcze odkryte. Taki na przykład Rudolf – ma lekkiego fijoła na punkcie zmywania naczyń. Oczywiście sam nie zmywa, nie nie. Jest inteligentną bestią, z mnóstwem umiejętności, ale zmywania jeszcze nie opanował. Bez przesady.

Otóż, gdy zbliżam się do kuchennego zlewozmywaka, Rudi dostaje rozbieżnego zeza ze szczęścia i postanawia za wszelką cenę zaistnieć. Tak, proszę Państwa. W jednej sekundzie się klonuje – z jednego rudego kota przeistacza się w pięć rudych kotów, z czego jeden siedzi na okapie, drugi na suszarce pod sufitem, trzeci wskakuje na kuchenną wyspę i wdrapuje mi się na plecy, czwarty atakuje kran z lewej strony, piąty – ze strony prawej – usiłuje wsadzić łeb do zlewu.

Jakaś masakra, powiem Wam. Odgłos zmywania potrafi zbudzić Rudolfa z najgłębszego snu, oderwać od najlepszego na świecie kociego żarcia, wyrwać z najgłębszych czeluści piekieł…

Gdy był mały, w trakcie zmywania wdrapywał się na szafkę po mojej nodze. Cienkie spodnie plus ostre kocięce pazury dawały cudny efekt wizualny – moje kończyny wyglądały jak rąbanka w masarni. Dziś jest dorosłym, statecznym kocurem i nie w głowie mu wspinaczki wysokogórskie. I dzięki Bogu, bo to dziewięć kilogramów kota z kością. A może, o zgrozo, po prostu chwilowo zapomniał?…

Zatem  na widok stosu naczyń w zlewie – zaczynam mieć stany lękowe…

(…w tle muzyka z „Psychozy” Hithcocka, ze sceny pod prysznicem…)

A co, jeśli sobie przypomni?!…

Moralniak

Znowu była Jana. I znowu było wino. Matko, no…
Kobiety nie powinny pić tyle wina. Ba! Kobiety w ogóle nie powinny pić alkoholu.
Powinny natomiast:

  • kochać swoich mężczyzn,
  • gotować im obiady,
  • prać im skarpetki,
  • rodzić im dzieci,
  • zaprzyjazniać się z ich ewentualnymi kochankami i pisać owym kochankom cieplutkie liściki: Numer buta taki i taki, numer kołnierzyka taki i taki, nie lubi kalarepy, lubi łiski z jedną kostką lodu. P.S. Czy są u Ciebie, kochana, te bokserki w czerwone grochy? Bo się zastanawiam, gdzie się podziały…

Tak, właśnie.

(Jeśli ktokolwiek piśnie, iż jest mu wiadome, że Paweł zaposiada gacie w czerwone grochy, to moja egzystencja na tym łez padole może rychło dobiec końca… Zatem uprasza się o całkowitą dyskrecję!)

Optymista…

Optymista to taki człowiek, który znalazłszy się po uszy w gównie, nie upada na duchu, tylko wesoło i zadziornie bulgocze.

Powyższe znalazłam w sygnaturce na zaprzyjaźnionym forum i bezczelnie ukradłam.
Albowiem uwielbiłam po grób. 🙂

O eksiach

Każdy z nas ma conajmniej jednego eksa. Znaczy byłego lub byłą. Niektórzy mają ich tabuny. Przez moje życie przewinęło się kilku.

Eksów mogę podzielić na dwie grupy. Do pierwszej należą ci, których miło wspominam, mamy ze sobą fajny kontakt do tej pory i ogólnie są całkiem w porządku. Tylko akurat nam nie wyszło. Druga to zestaw palantów, których moje oczy nie chcą już nigdy oglądać, moje uszy słyszeć i – gdy o nich pomyślę – najchętniej sformatowałabym sobie mózg.

Ostatnio pan z grupy drugiej napisał do mnie mejla. (Boże, samobójca…) Pan ów jest przeze mnie wspominany wyjątkowo czule. Ma też rzesze wielbicieli wśród moich znajomych. (Pozdrawiam, Ola. 😉 )
Jednakowoż postanowił sklecić liścik do mnie, który można streścić tak:
Cześć, co u ciebie słychać?

Odpowiedziałam. A juści! Po debacie z moimi Konsultantkami Personalnymi napisałam:
Cześć. Co u mnie? Dużo nowego. Wprowadziła się do mnie przyjaciółka i zamierzamy ubiegać się o adopcję dziecka. Wieczorami, po pracy, tańczę w srebrnej klatce w klubie dla gejów. Nareszcie się realizuję i samookreślam. 
A co u Ciebie?

(Myślicie, że odpisze?…)

Za inspirację dziękuję Konsultantkom w osobach: Ela, Jana i moja niezastąpiona siostra.

O higienie jamy ustnej

Mam znajomą – Dorotę. Mieszka przy samej południowej granicy Polski, zatem odwiedza mnie rzadko, średnio raz na dwa lata. A gdy już przyjeżdża, przywozi mi w prezencie zestaw mini-past do zębów – do wyboru, do koloru. Dorota jest bowiem stomatologiem.

Ponieważ mam lekkiego fisia na punkcie zębów i staram się pucować swój otwór gębowy po każdym posiłku, upominki od Doroty mają swoje specjalne miejsce w łazienkowej szafce.

Dziś postanowiłam otworzyć kolejną mini-tubkę. Tubka ładna, niebieska, opisana apetycznie: extra strong oraz mint flavour… Czyli to, co niutaxy lubią najbardziej.
Nałożyłam na szczoteczkę pastę w kolorze bladego różu (ach!), zaczęłam szczotkować kły… I tu, moi mili, nastąpił koniec miętowego uniesienia. Odniosłam wrażenie, że myję zęby kremem do twarzy. Półtłustym.
Tfuuu! Sprawdziłam termin ważności… Ki diabeł? Wszystko było ok. Nie miała prawa się zepsuć!
Pasta widocznie miała inne zdanie na ten temat. Albo po prostu nie znała swoich praw. Faktem jest, iż nie nadawała się do użytku.

Jezu… Plułam jak kobra i domywałam zęby kolgejtem jakieś dwadzieścia minut! Żeby zabić ów mint flavour w pysku.

Po wyjściu z łazienki, rzuciłam tubkę Piotrkowi: Zabierzcie to ode mnie. Świństwo się przeterminowało. Miauwa, niedobrze mi…

Piotr uważnie obejrzał tubkę ze wszystkich stron, spojrzał na mnie, potem znów na tubkę, następnie na Pawła… Rzucił mu tubkę. Paweł też obejrzał, następnie powtórzył scenariusz – rzut oka na mnie, na tubkę, na Piotra… I obaj w ryk! No myślałam, że się pochorują ze śmiechu, mendy pasiaste!

Otóż okazalo się, proszę Państwa, że usiłowałam umyć zęby klejem do protez Corega.
Oddalę się niniejszym, aby wpaść w depresję.
Fenkju. Gutnajt.

Czwartek, weź ty się już skończ, tak?

Zdarzają się takie dni w życiu każdego człowieka, że się od rana nic nie udaje.

W życiu niutax, jak wiemy, takie dni stanowią przeważającą część.
Ale nikt nie jest idealny, ne spa? (Ktoś jest? No?…)

Czasem zdarza się coś spektakularnego – zwykle z kluczami – i trzeba wołać ślusarza.
Ale głównie i najczęściej przytrafia się pasmo małych niepowodzeń.

Na przykład wjeżdża się już na samych oparach na stację benzynową, a po zatankowaniu okazuje się, że się nie wzięło karty płatniczej. Tymczasem w portfelu zaposiada się zawrotną kwotę: trzy złote i dwadzieścia groszy. Klnie się. Zostawia się samochód pod zastaw, kupuje się bilet autobusowy i komunikacją miejską jedzie się przez pół miasta do banku, w celu wypłacenia gotówki. W banku stoi się w mega kolejce, po czym okazuje się, że nie wzięło się z samochodu dokumentów, w tym dowodu osobistego. Jest się bardzo złym. Klnie się. Z racji faktu, iż na daną chwilę ma się w kieszeni całe dwadzieścia groszy, chowa się do owej kieszeni honor i dzwoni po pomoc. Pomoc nadjeżdża i zawozi na stację benzynową, a tam płaci rachunek za paliwo. Zabiera się samochód i jedzie do domu. Tam przetrząsa się każdy kąt w poszukiwaniu nieszczęsnej karty – oczywiście bezskutecznie. Klnie się. W ostatnim akcie desperacji idzie się do osiedlowego sklepu spożywczego i pyta się nieśmiało, czy przypadkiem nie pozostawiło się tu karty…

– Kryśkaaa! Pani zgubiła kartę! Zerknijże no do szuflady przy kasie – tam cztery już leżą!

Ha! Jednak nie jestem ostatni gamoń. W każdym razie nie jedyny na tym łez padole.
Każdemu się zdarza.
Prawda?

Niech ktoś to wytłumaczy Pawłowi.

Mam nerwa

Przeraża mnie ignorancja i kołtuństwo w naszym społeczeństwie. Ileż to ja razy sobie obiecywałam, żeby nie wdawać się w dyskusje z typami o umyśle rozwielitki (niniejszym przepraszam wszystkie rozwielitki za owo niefortunne porównanie). Moja św. p. babcia, która była bardzo mądrą kobietą, zawsze mi powtarzała: Nie ucz, wnusiu, śledzia latać. A ja co? Problem w tym, że w pewnych tematach bardzo łatwo mnie sprowokować. I dyskutuję. I uskuteczniam orkę na ugorze… Smutne, jakie niektórzy ludzie mają poglądy…

Wspominałam o moim ulubionym koledze z pracy – Jacku?… Na pewno. Dziś wywiązała się w robocie sprzeczka, gdzie inny kolega nazwał go pedałem. Biedny Jacenty wycofał się kurcgalopkiem, bez słowa. Ja natomiast zareagowałam. Dość ostro. Bo na pewną terminologię miewam alergię, trudno.

– Jesteś przewrażliwiona – skwitował oponent. – Jakoś nie odczułaś potrzeby wtrącenia się, gdy parę dni temu nazwałem go debilem.

Albowiem, proszę Państwa, szanowny kolega – w swoim ograniczeniu i tępocie umysłowej – nie widzi najmniejszej różnicy.
Jeśli ktoś mi powie: Jesteś debilką, zastanowię się nad tym faktem, spróbuję wyciągnąć wnioski i popracować nad sobą, żeby zmienić ten stan rzeczy.
Preferencji seksualnych natomiast zmienić się nie da – człowiek się z nimi rodzi i nie ma na to najmniejszego wpływu. Homoseksualizmu nie da się „wyleczyć” czy wyprzeć ze świadomości za pomocą hipnozy. Jesteśmy różni i nie ma w tym nic złego.
Wśród moich znajomych jest kilka osób homoseksualnych. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, żeby ich skłonności ku tej czy innej płci mogły stanowić dla mnie jakikolwiek problem. Albo kogoś lubię, albo nie. I głęboko w nosie mam fakt, kto z kim śpi.

Niestety, najprawdopodobniej jestem jednak debilką, bo pozwoliłam, żeby tory tej jakże jałowej dyskusji zeszły na temat transseksualistów. Żeby było jasne – moje zdanie w tej kwestii brzmi jak wyżej. Mogę tylko współczuć ludziom, których nie stać na operację i całe życie są nieszczęśliwi.

– Przecież to zboczeńcy – zagrzmiał w/w oponent. –  Kaleki! A może ciebie to kręci. Masz słabość do kalek?

Ommm… Ommmmm… Ommmmmmm…

Udało mi się zakończyć rozmowę bardzo spokojnie: Owszem. Mam ogromną słabość do kalek. Skrajny kretynizm to też pewna forma kalectwa. Zatem masz u mnie szanse.

Pfff…