Mam znajomą – Dorotę. Mieszka przy samej południowej granicy Polski, zatem odwiedza mnie rzadko, średnio raz na dwa lata. A gdy już przyjeżdża, przywozi mi w prezencie zestaw mini-past do zębów – do wyboru, do koloru. Dorota jest bowiem stomatologiem.
Ponieważ mam lekkiego fisia na punkcie zębów i staram się pucować swój otwór gębowy po każdym posiłku, upominki od Doroty mają swoje specjalne miejsce w łazienkowej szafce.
Dziś postanowiłam otworzyć kolejną mini-tubkę. Tubka ładna, niebieska, opisana apetycznie: extra strong oraz mint flavour… Czyli to, co niutaxy lubią najbardziej.
Nałożyłam na szczoteczkę pastę w kolorze bladego różu (ach!), zaczęłam szczotkować kły… I tu, moi mili, nastąpił koniec miętowego uniesienia. Odniosłam wrażenie, że myję zęby kremem do twarzy. Półtłustym.
Tfuuu! Sprawdziłam termin ważności… Ki diabeł? Wszystko było ok. Nie miała prawa się zepsuć!
Pasta widocznie miała inne zdanie na ten temat. Albo po prostu nie znała swoich praw. Faktem jest, iż nie nadawała się do użytku.
Jezu… Plułam jak kobra i domywałam zęby kolgejtem jakieś dwadzieścia minut! Żeby zabić ów mint flavour w pysku.
Po wyjściu z łazienki, rzuciłam tubkę Piotrkowi: Zabierzcie to ode mnie. Świństwo się przeterminowało. Miauwa, niedobrze mi…
Piotr uważnie obejrzał tubkę ze wszystkich stron, spojrzał na mnie, potem znów na tubkę, następnie na Pawła… Rzucił mu tubkę. Paweł też obejrzał, następnie powtórzył scenariusz – rzut oka na mnie, na tubkę, na Piotra… I obaj w ryk! No myślałam, że się pochorują ze śmiechu, mendy pasiaste!
Otóż okazalo się, proszę Państwa, że usiłowałam umyć zęby klejem do protez Corega.
Oddalę się niniejszym, aby wpaść w depresję.
Fenkju. Gutnajt.