Zawsze był towarzyskim, bardzo zsocjalizowanym kotem. Teraz mu odwaliło. Dokumentnie.
Ostatnio miałam gościa na kawie. Rudolf praktycznie cały pobyt spędził sfochowany w szafie. Pomyślałam sobie, że kocur nie miał jeszcze przyjemności poznania gościa, zatem musi przywyknąć do nowego głosu. Ok.
Wczoraj miałam kolejnych gości, tym razem doskonale Rudolfowi znanych. Wśród nich była mała przedstawicielka homo sapiens – lat sześć, która Rudolfina uwielbia, a Rudolfin przepada za ową przedstawicielką. No żesz miauwa, foch i sru do szafy. Nie wylazł cały wieczór, kanalia jedna.
A dziś rano syknął na Larę (na małą Larunię, cukiereczka, wyobrażacie sobie?), a następnie próbował się ułożyć do snu w kuwecie. Ok, ja wiele rozumiem – świeżo wymieniony żwirek, kuweta pachnąca… No ale halo!
Poza tym zachowuje się normalnie – gdy wracam do domu, dziób mu się nie zamyka, bo standardowo musi mi streścić, co się działo pod moją nieobecność. Jeśli nie domknę łazienki, sprawą oczywistą jest, że Rudolf musi ponownie zgłębić tajemnice muszli klozetowej od środka (od pieluch mu ta niezdrowa ciekawość doskwiera). Ogólnie jest wesoły, rozrywkowy, ładuje się na kolana i bynajmniej nie sprawia wrażenia chorego.
Pięknie, doigrałam się. Powinnam się spodziewać, że spędzenie tak długiego czasu pod jednym dachem z Piotrem, nadwątli delikatne zdrowie psychiczne ryżego. To było po prostu nieuniknione. Nawet mi do tej pory oko lata, a co tu dopiero mówić o biednym kocie…
(A tak na poważnie… Od śmierci Majkela nie minął jeszcze miesiąc… Możliwe, że to o to chodzi? Możliwe, że to tęsknota?…)