Klimaty świąteczne

W pracy czytuję świeżutkie doniesienia w stylu: 30-letnia Helena W., wzorowa matka i kochająca żona, zarąbała męża i trójkę dzieci w środę przed południem… Albo: Ireneusz J., spokojny, opanowany, cichy urzędnik, lubiany przez sąsiadów. Przez całe życie nie rzucał się w oczy, aż do przedwczoraj, kiedy to zastrzelił szwagra z dubeltówki…

I tak sobie leżąc rano w łóżku, w wolny – jakby nie było – świąteczny dzień, z książką w ręku, doszłam do wniosku, że…
Że ja bym się upierała przy istnieniu okoliczności łagodzących.

Tylko tak leżąc i czytając około dwudziestu minut, kilkanaście razy miałam ochotę wyjąć siekierę, piłę mechaniczną oraz duży bat, odrąbać pewien łeb, wypruć flaki z pewnego brzucha, owinąć je dookoła latarni i głośno zawyć…

Niniejszym chciałam tu serdecznie pozdrowić mojego sąsiada, który postanowił akurat dziś rano wyrzeźbić na swojej ścianie ażurek przy pomocy wiertarki udarowej.
I wszyscy razem: DZIĘ-KU-JE-MY!

Odganiając od siebie myśli o błyszczącej siekierze (albo chociaż szpadlu!), zerknęłam w bok i napotkałam wkurzone spojrzenie Rudolfa.
Rude spojrzenie wyrażało ni mniej, ni więcej: Tak. Ja też…

Gdy ilość idzie w parze z jakością

Mam.
W końcu. 
Mam kolejną książkę Stephena Kinga, której jeszcze jakimś cudem nie czytałam. 
Ma siedem centymetrów grubości, wydrukowana jest drobną czcionką, zawiera 1102 strony, a mistrz pisał ją trzy i pół roku. Miód na serce. 
Już ją „liznęłam” i wiem, że Stephen i tym razem mnie nie zawiedzie.
(Jezu, wieczór, świece, kieliszek wina i Stiwen…) 

Musiałam zatem przygotować grunt. Przedsięwzięcie wymagało sporego zaangażowania, albowiem przyjechał mój brat. Taktycznie więc wykopałam go do emenemsów, pod pretekstem zaplanowanych już od dawna ekscesów kulinarnych, przy których potrzebuję samotności i skupienia.
Było to łgarstwo połowiczne, bo samotność przy gotowaniu bigosu bynajmniej nie jest mi niezbędna. Za to skupienie – owszem…
(Gotował ktoś z Was kiedyś bigos bezmięsny? Na kostkach warzywnych jeno? Ha! Nie lada wyczyn.)
Musiałam mieć jednak czas na obmyślenie odpowiedniej strategii.

Nagotowałam pełen wielki gar. Dzieło okazało się całkiem zjadliwe.

Natenczas… Wojski chwycił na taśmie przypięty…
Wróć!
Natenczas pod moimi drzwiami stanęło czterech jeźdźców Apokalipsy. Tak. Emenemsy, Borys i mój brat.
Wręczyłam osłupiałemu towarzystwu dymiący gar i zagrzmiałam:
Wy-pa-dzik! Wszyscy. Do knajpy – na karty, na wódkę, na dziwki… Łotewer. Sobota jest, tak? Ja mam dziś randkę ze Stiwenem Kingiem. Paweł, wybacz. Jesteś fajny, przystojny i w ogóle. Ale Stiwen…
Promienny uśmiech i błysk zrozumienia w oczach:
– Ok. Jasne. Skoro masz randkę, to nie przeszkadzamy. Panowie, odwrót!

Koty też spacyfikowałam.
Kocimiętką w spreju. 😉

A w sylwestra…

Niewiele brakowało, żeby Paweł nie zdążył dotrzeć przed północą. 

Godziny wieczorne spędziliśmy zatem we trójkę z Piotrkiem i Borysem, skwapliwie upijając się łiski.

Otwierałam właśnie lodówkę, w celu sięgnięcia po ketchup do zapiekanek, gdy Kuzco wydał z siebie zaśpiew tak charakterystyczny dla Majkela, że na chwilę zamarłam… Słoik  z ketchupem wypadł mi z rąk na podłogę, rozbryzgując się w drobny mak.

Wzięłam głęboki wdech i powiedziałam do siebie, bardzo spokojnie: I tak nie lubię łagodnego ketchupu. Smakuje jak glut. Miauwa, wolę ostry…

Piotr wstał, objął mnie ramieniem i rozwinął się filozoficznie:
Tunia, musisz to wyprzeć ze świadomości. Wtedy będzie lepiej. To tajemnica dobrego życia, mówię ci. Ja zawsze tak robię. I głoszę tę prostą prawdę potrzebującym. Spróbuj, wyprzyj to. Przestaniesz się miotać. I osiągniesz spokój. Ludzie są ślepi, jak krety, jeśli w grę wchodzą najprostsze rozwiązania. A dlaczego? Bo im się, głupcom, wydaje, że jak coś skomplikują, to sami są wielce skomplikowani. Dlatego też proszę – natychmiast wyprzyj to ze świadomości. To oczyści twój umysł i duszę.

Jak Wam się widzi ten wykład – po paru głębszych – o istocie rzeczy, w zestawieniu z nieszczęśliwym stwierdzeniem dotyczącym ketchupu?…

Aż się nie mogłam potem powstrzymać przed dyskretnym powąchaniem zawartości jego szklanki… Czy zamiast łiskacza nie nalał sobie przypadkiem odkamieniacza do rur…

(Wiem, wiem. Nie o ketchup mu chodziło… Wiem.)

Potem dołączyli Robert z Janą i berneńczykami, a na końcu zdyszany Paweł.

Zawarliśmy tego dnia pakt, znany tylko naszej szóstce… Zatem tajemnych treści nie zdradzę.

A po północy – przytulając zwierzaki – przeczekaliśmy te najgorsze dla nich pół godziny – petardy i fajerwerki.
Paweł władował sobie przerażoną Larę za pazuchę, przytulił i przemawiał czule: No już, maleńka… To tylko buraki pastewne. Buraki mają tę jedyną radość w swoim jałowym życiu w ten jeden dzień w roku. Przetrwajmy to.

Jak tam u Waszych zwierzaków? Wszystko gra i buczy?

Na drucie

– Co robisz?
– Liżę rany. Dziwne pytanie, Pawełku…
– Misiek…
– Proszę cię, tak?
– Ok. Dotrę przed północą. Jestem w pracy. Wiesz, jak tu jest na ostrym. Noc pourywanych kończyn. Jedyna taka noc w roku. Każda para rąk w cenie.
– Taaa…

– Co robisz?
– Dziergam obrus na szydełku. Do Zaduszek chyba skończę.
– Tunia no… Jestem u ciebie za dwie godziny. Potem przyjedzie Borys. Roberto z Janką będą później, bo coś tam mają do załatwienia…
– Chcę być sama.
– Trudno, nie będziesz. Sam temu łiskaczowi nie podołam.
– Piotrek!
– Będę za dwie godziny. Nara.

– Hej. Będziemy koło dwudziestej drugiej. Mam dla ciebie bombę.
– Jana… Nie jestem pewna, czy moja osoba umili wam dziś sylwestrowy nastrój. Jestem do bani…
– Nie musisz nic umilać. My umilimy. Mam śledzie z rodzynkami, tadam!

Przyjaciele…
Z nimi czasem źle.
Ale bez nich – chyba gorzej.

Szczęśliwego Nowego Roku, moi mili.

Znowu jest źle

Mamy pogorszenie. Znaczne. I osłabienie.

A w bonusie ostry ból brzucha.

Miki bardzo płakał, gdy jechaliśmy do lecznicy.

Dostał elektrolity, dodatkowy antybiotyk i środki przeciwbólowe.
Zrobiono usg i rtg. Płynu w jamie brzusznej i klatce piersiowej nie stwierdzono. Jelita zawierają treść pokarmową, więc w nocy trochę podjadł. Dzielna kocina.

Mamy podejrzenie FIP… Postać bezwysiękowa…
Ale to tylko podejrzenie, nie diagnoza.

Leży pod kocykiem i odpoczywa.
Mam wrażenie, że się poddał… 😦

Zdaję sobie sprawę, że Mikuś może nie przeżyć dzisiejszej nocy.

Myślcie o mnie ciepło, proszę. O mnie, bo Majkel nie cierpi, zadbałam o to.
Ja natomiast bardzo.

I modlę się o cud…

Kryzys chwilowo zażegnany

Majki na razie postanowił nie umierać. Choć w wigilijny poranek było blisko, niebezpiecznie blisko… 

Teraz mogę to powiedzieć wprost – kot był w agonii i jakieś trzy godziny ściągaliśmy go ponownie na tę stronę. Był moment, że nie miał już siły walczyć. Wet trzymała łapki i wenflon, przez który dostawał w pachwinę życiodajne czerwone krwinki, a ja masowałam serduszko. Dał radę.

Na razie jest ustabilizowany. Podaję kroplówkę i czekam. Jest lepiej, ale – jeśli jego organizm nie rozpoczął samodzielnej produkcji krwinek – te, które dostał, obumrą za parę dni. Jeśli tak się stanie, potwierdzi się ta najczarniejsza diagnoza wet – choroba o podłożu autoimmunologicznym. U niego oznacza to, iż Mikusiowa śledziona się zbiesiła i walczy z resztą organizmu, tłukąc te nieszczęsne czerwone krwinki. Wówczas Miki wyląduje na stole i sukę się wytnie.

Oczywiście wolałabym mu tego dodatkowego cierpienia oszczędzić, ale… Jeśli Majkel ma chociażby cień szansy na komfortowe życie (chociażby i bez śledziony), powtórzę: nie pozwolę mu umrzeć.

Dziękuję Wam za kciuki. Jesteście nieocenionym wsparciem.

Niech ten parszywy rok wreszcie się skończy

Głupi uśmieszek szczęścia zszedł mi dziś z twarzy. 😦

Wierzycie w karmę?… Czasem się tak zastanawiam… Jeśli reinkarnacja jest faktem, to w poprzednim wcieleniu musiałam być bardzo złym człowiekiem. A teraz za to poprzednie wcielenie pokutuję.

Dziś bardzo nie lubię kotów. Za to, że tak się świetnie kamuflują. Za to, że tak perfekcyjnie udaje im ukryć, że dzieje się coś złego.

Miki jest chory.
Owszem, zauważyłam, że wczoraj był jakiś nieswój, ale myślałam, że ma po prostu gorszy dzień…
Tym razem nie jest to przeziębienie czy alergia…

Miauwa, wczoraj miałam w domu wszędobylskiego, wszystkożernego, wesołego sierściucha.
Dziś zastałam biedne, słaniające się na nogach, umierające zwierzątko. Co się, kuźwa, stało?…
Doznałam tak silnego uczucia deja vu, że niemal stanęło mi serce…

Nie bardzo pamiętam, jak dotarłam do lecznicy. Coraz słabiej oddychający kot na siedzeniu, sto pięćdziesiąt na prędkościomierzu i czerwona mgiełka przed oczami. Przez głowę przewinęły mi się wszelkie możliwe scenariusze: zatrucie, krwotok wewnętrzny, operacja na cito, a na końcu myśl, że może jest to nasza ostatnia wspólna podróż…

Stan Mikusia na dzień dzisiejszy jest bardzo poważny.
Dostał bombę witaminową w kroplówce i antybiotyk, dzięki czemu przeżyje noc.
Jutro rano muszę złapać pociąg relacji Warszawa-Gdynia, który będzie stał na peronie całe pieprzone trzy minuty, i odebrać przesyłkę konduktorską: życie dla Majkela – krew grupy A.
A potem szybko do kliniki na transfuzję.

Nie mam już urlopu. Chrzanić to. Najwyżej mnie zwolnią.
Nie pozwolę umrzeć temu kotu. Kotu, który pomógł mi wrócić do równowagi po tym, jak mój świat się zawalił.
Walczymy.

Po raz kolejny proszę Was o ciepłe myśli…