Kartka świąteczna dla M.

Mamo, jadę do Ciebie, stęskniona Twoich opierniczów, kazań i narzekań. Stęskniłam się. Serio serio.

I – w ramach zemsty za te wszystkie upierdliwe lata – zabieram:

  • Pawła, bo obiecał powiesić się w przedpokoju w ramach jemioły, na lato służyć mógłby za przylepiec na muchy, a i kociaki będą miały sobie czym podyndać… (Potem sam się odratuje, w końcu lekarz, co nie?)
  • Piotra, bo nieszczepiony i w schronisku by musiał przejść kwarantannę, a na ulicy mam zostawić? Ot tak?…
  • Janę, bo jak to tak Jany nie zabrać, skoro ona ze mną wino porzeczkowe pije?… A jak już będę brała Janę, to trzeba też spakować Roberta, bo on za nią jakby łazi
  • Borysa, bo Borys smutny jest i uchodzi za ponuraka, podczas gdy tak naprawdę należy do gatunku przeze mnie uwielbianego – nieśmiały jest, słucha, milczy… Ale jak już coś powie… (Aaa!) I kiedyś – jako jedyny – chciał się bić z całą remizą…
  • No i jeszcze tylko parę niezbędnych drobiazgów – tzn. szal boa z piór, czarne szpilki, bikini jadalne, tę grę, w której jeszcze mi się nie udało przejść piątego levela, futro (sztuczne!) na chłody nocy oraz koraliki dla tubylców, żeby w zamian obrzucili nas diamentami…

Także, Mamo…  Jakby jakiś radosny Titanic przybijał do Waszego brzegu, to nie uciekaj! TO MY!  Jak znam życie, uda nam się w tzw. międzyczasie upić kapitana i namówić, żeby został dragkłin… Piotrek zapewne wyrwie pół załogi, tłumacząc im, iż są miłością jego życia, Paweł będzie miał nerwa i retrospekcje, Robert będzie próbował wciągnąć Calgon nosem, Jana będzie grać na wiolonczeli, a pojawiający się znienacka Borys spacyfikuje pół wsi…  

Ale za to ja!… 

Ja będę do Ciebie machać chusteczką!!!

Prawie babski wieczór

Moja siostra zostawiła młodego na pastwę tatusia i zajechała. Zaplanowałyśmy sobie spokojny wieczór zwierzeń, wynurzeń i plotek (tak, z winem, usatysfakcjonowani?).

Oczywiście tematem przewodnim byli mężczyźni – ci nasi, ci cudzy i ci kompletnie obcy.
Wspólnie wygenerowałyśmy definicję faceta idealnego. I choć obie z siostrą bardzo się różnimy – totalnie odmienne charaktery, kompletnie odmienne wartości, o sferze emocjonalnej nie wspominając – wymagania względem płci tzw. brzydkiej mamy niemal identyczne.

Otóż idelny facet powinien:

  • być inteligentny,
  •  zaposiadać poczucie humoru (ponoć ta cecha wraz z poprzednią idzie w nierozłącznej parze),
  • lubić zwierzęta.

Jeśli spełniający powyższe warunki osobnik jest w dodatku przystojny, otrzymujemy od losu miły bonus.

Generalnie doszłyśmy do wspólnego siostrzanego wniosku, iż najseksowniejszą częścią ciała faceta jest jego mózg.

I tkwiłyśmy tak w tym naszym rozanieleniu, jacy to fantastyczni mężczyźni nas otaczają… Partnerzy, przyjaciele, kumple… I jakie to my mamy szczęście w życiu, i w ogóle…
Gdy nagle w połowie kolejnego kieliszka usłyszałyśmy trzask drzwi wejściowych… Piotr. Prosto z baru. Z gps-em w głowie odruchowo ustawionym na moje progi, zamiast na rezydencję.

– Cześć, dziewczyny! Mówię ci, Tunia, nie poradzisz sobie w życiu bez robienia różnych pierdół… Nie myśl sobie! Rzekłem. Idę spać. Dobranoc.

Po czym – jak gdyby nigdy nic – udał się w pielesze, zostawiając nas z oczami w słup.

Wysłałam smsa do Pawła, że w razie czego jego brat zaległ u mnie na kanapie, po upojnym wieczorze na mieście. Żeby się nie martwił.
Na widok drugiego emenemsa w progach nie musiałyśmy czekać nawet piętnastu minut. Był szybszy od pizzy na telefon.

I to by było na tyle w temacie naszego babskiego, intymnego wieczoru.

(Młoda doszła do wniosku, że sfinansuje Piotrowi obrożę z adresatką. Na Gwiazdkę. 🙂 )

Paweł ma romans

Z Iwą konkretnie.
Albo po prostu zawiązał z nią jakąś koalicję. Nie wiem.
W każdym razie wygląda to tak: on zbiera na balkonie ostatnie w tym roku ćmy, które poległy w dzikim pędzie do kinkietu, i podaje je koteńce. I moja kochana sierściuszka sobie zjada taką chrupiącą ciemkę…
Cóż to jest za rozkoszny widok!

I – w razie, gdyby ktoś nie mógł zgadnąć, do kogo pierwszego nasz Pawełek podejdzie, żeby pomiziać czule za uszkiem – kiedy to na kanapie leżę ja i Iwa, to podpowiem: jest to stworzenie czworonożne, szylkretowe i ma wąsy.

Ale, ponieważ jestem kobietą dojrzałą, pewną siebie i znającą swoją wartość oraz byle co nic a nic mnie nie rusza, to się absolutnie nie obrażam. Wcale a wcale. I – bardzo proszę – jeszcze mu Iwusię podsunę, a co.

Bo – rozumiecie – Iwa ma szereg niezaprzeczalnych zalet. Znika na wiele godzin w szafie i ewentualnie daje się czasami pogłaskać. Znaczy niby niedostępna taka. I najważniejsza jej zaleta: nic nie mówi.

Ok.
Moje nowe postanowienie noworoczne: od jutra cały dzień wyleguję się na kanapie, znikam na całe noce (w szafie na przykład), zapuszczam włosy na kończynach i nie obcinam paznokci.

A te ćmy, które mi będzie podrzucał, jakoś przełknę…
Popijając wódką…

Skarpetki tygrysa

Dzisiaj w nocy byłam bardzo zajęta.
Nagrzmociłam się wieczorem winkiem jak stary, angielski pierdziel. No i jak się nagrzmociłam, to potem miałam bardzo ciekawe sny.

Najlepszy był chyba ten z Dariuszem „Tajgerem” Michalczewskim. Nie, nie znamy się osobiście. Owszem, zdarzyło mi się raz wpaść na tego pana w supermarkecie, ale nie przeszliśmy wówczas na ty, bynajmniej.
W moim śnie pojawił się w mych progach z walizką wypełnioną jego brudnymi skarpetami i oświadczył, że pralka mu się zbiesiła. Zatem, czy ja bym nie mogła…
Pół nocy go opierniczałam, że nie posegregował tych cholernych skarpetek kolorystycznie.
Aha, zwracałam się do niego per Darek.

Ciekawe, co by na to Freud powiedział…
Ja natomiast stanowczo odmawiam komentarza na ten temat.

Need for speed

Umówiliśmy się dziś na hurtowe zakupy w Selgrosie. Jana przyjechała po mnie i pojechałyśmy po emenemsów. I cóż zastałyśmy?…

Obaj panowie okrutnie zajęci wyścigiem samochodowym na playstation…
– Już, chwila, dziewczyny, ostatnie okrążenie!
– Dajcie szansę, wygrywam z tym cieniasem!

Kiedyś gdzieś wyczytałam, że u chłopców pierwsze czterdzieści lat dzieciństwa jest najgorsze. A potem już tylko z górki.

Czekam na jakiś przełom zatem… 

Apage satanas!

Wiem, że umówiłam się z futrami na czesanie wyłącznie w poniedziałki. Przyznaję. Dziś jednak doszłam do wniosku, że Mikusiński sfilcował się jak mop i muszę interweniować jak najszybciej.

Była to misja niemal samobójcza (dla mnie ofkors), zatem wymagała właściwej strategii. Odczekałam więc, aż kocur zasnął, poruszając się na paluszkach skompletowałam narzędzia zbrodni (szczotkę, grzebień i nożyczki) i bezszelestnie objawiłam się nad kanapą, na której moja ofiara wydawała z siebie tęgie chrapy.

Najpierw subtelnie, z wierzchu szczotką, potem równie delikatnie dobrałam się do kota z grzebieniem. Otworzyła się lewa kocia powieka i zielone ślepię łypnęło na mnie podejrzliwie. Wstrzymałam oddech i zamarłam w bezruchu. Powieka leniwie opadła z powrotem. Zanurzałam grzebień w Majkelową sierść coraz głębiej i głębiej… Ośmielona kolejnym chrapem, postanowiłam zabrać się do usuwania kołtunów. Raz kocie śmierć. Trudno. I wtedy kocisko drgnęło, wyprężyło się na długość jakiegoś metra i… przystąpiło do błogiego mruczenia.

Matko święta! Przecież ten zwierz nienawidzi grzebienia! Na sam jego widok przemienia się w predatora i wali mnie z liścia! Ekstaza połączona z rozbieżnym zezem z rozkoszy i traktorem na najwyższych obrotach – to ostatnia reakcja, jakiej bym się mogła po zwierzu spodziewać.

Ma ktoś namiary na dobrego egzorcystę?…

Pecha ciąg dalszy, niestety…

Gdyby kogoś bardzo interesowało, czy po ostatnim paśmie nieszczęść mogło mi się jeszcze coś przydarzyć – uprzejmie informuję: otóż mogło.

Odstawiłam samochód do serwisu. Autoryzowanego, gdyby ktoś pytał (fakt dość istotny). Odebrałam po trzech dniach – auto naprawione, odkurzone, wymyte, pachnące jak kaczuszka. Panowie kłaniali mi się w pas, padali wręcz do nóżek. Wszystko pięknie, różowo, ach, och.
Czar prysł szybko, w drodze powrotnej… Zorientowałam się, że albo spuszczono, albo wyjeżdżono mi paliwo. Ledwo dotarłam do stacji. Dlaczego zaraz nie wróciłam do serwisu z awanturą? Nie wiem. Byłam w szoku chyba. Bo przecież jak to możliwe?… (Naiwna, łatwowierna kretynka…)

Pawłowi nie mogłam się wyżalić, bo mamy konspirację. Nie wie o moim wypadku – wcisnęłam mu kit o uszkodzonej lambdzie. Łyknął.
Poskarżyłam się więc Piotrowi.
– No chyba żartujesz! Nie spisałaś sobie wcześniej stanu licznika?!
– Weź! Przez myśl mi nie przeszło, żeby – powierzając auto autoryzowanemu serwisowi – sporządzać wcześniej protokół zdawczo-odbiorczy. Halo!
– Skurwysyny!…

Buty na nogi, kurtka na grzbiet, jeb drzwiami i tyle go widziałam.

Dziś rano telefon z serwisu:
– Co pani wyczynia?! Jeśli miała pani zastrzeżenia, trzeba było zadzwonić. A nie wysyłać męża do właściciela salonu, żeby zadymę robił!
O żesz miauwa! Mam męża, czujecie… Życie jest pełne niespodzianek. Mam męża i pozostaję w grzesznym związku ze szwagrem… Rodzina Addamsów, jak babcię kocham…
A tak serio – jak znam Piotrka – zrobił tam takie kongo, że oni wszyscy fruwali na wysokości lamperii…
Odparowałam zatem z szerokim uśmiechem:
– Skoro do tego stopnia lekceważycie kobiety, przyda się wam ktoś w spodniach, z kubłem zimnej wody, ne spa?

Rozmowa ogólnie sympatyczna nie była. Facet wciskał mi ciemnotę, ja mu przedstawiałam niezbite fakty, a on dalej szedł w zaparte. Pod koniec naszej bezsensownej wymiany zdań zaproponował mi forsę.
Bardzo oględnie, nader kulturalnie i starając się zachować klasę, zasugerowałam mu, gdzie może sobie te swoje banknociki wsadzić…

Rozważam złożenie oficjalnej skargi na piśmie.

(Kiedy ja wreszcie przestanę tak ślepo ufać ludziom?…)

Jeszcze jestem na wolności…

Znowu mało śpię. 

Teraz to pewnikiem przez ten cholerny urząd skarbowy, dla którego kompletuję w pocie czoła papierzyska.
Nie wiem.
Ale nic to.

Herbatka z melisy jakby nieznacznie wydłużyła mój sen o piętnaście minut, ale – umówmy się – nie jest to sen moich marzeń.

Ogólnie problem polega głównie na tym, że w zasadzie powinnam się ogłuszyć i oślepić, żeby wyspać się jak człowiek. Bo ostatnio najmniejszy szmer i pierwsze ranne swiatło wytrącają mnie z równowagi.

Ogłuszam sie więc jaśkiem na głowie. Albo kotem.
Z oślepieniem natomiast miałam pewien problem.
Do wczoraj.

Otóż w starej walizce odnalazłam opaskę na oczy z samolotu. Hosanna!
I…
I powitajmy pierwszą przespaną noc!
I stanęłam dzisiaj rano pod prysznicem szczęśliwa, wypoczęta i nieprzejechana walcem!
I do łazienki wszedł Paweł…
Kurczę… Przebudziłem się nad ranem, chciałem się do ciebie przytulić, wymacałem twoją twarz, przysunąłem sie, otworzyłem oczy, żeby na ciebie popatrzeć i widzę…  niebieski napis LUFTHANSA. Misiek, co jest?

Nic. Abso-miauwa-lutnie nic.

(Najwyżej wsadzą mnie do pierdla na jakieś pięć lat za machloje podatkowe i będziesz mi organizował paczki. Spoko.)

Mistrzostwa świata w saneczkarstwie

Zorganizowaliśmy parapetówkę w rezydencji. Lada dzień emenemsy idą na swoje. I czas najwyższy – są już duzi, ne spa?

Imrezę jakoś przeżyłam. Ilość osób: w porywach około dwudziestu. Ilość wina: nie pamiętam. (Niech mi ktoś zabroni raz na zawsze pić wino, bo znowu umieram.)

Jedzenia zostało tyle, że jeśli ktoś jest głodny, to proszę podać adres – chętnie wyślę paczkę żywieniową. Aczkolwiek od razu uprzedzam, że lazanii już nie ma. Wszystko zeżarli.

Nad ranem dowlekliśmy się do domu. Weszliśmy cichutko, na paluszkach, nie oddychając prawie, a tam… Miauwa, od razu wytrzeźwiałam, przysięgam!

Namierzywszy źródło problemu (niejaki kocur maści czarnej), mój mózg wygenerował przebieg zdarzeń. Otóż Kuzco postanowił wybrać się przed snem do kuwety, by załatwić grubszą sprawę. Jako że sierść na kocim poddupiu konkretna, o wpadkę nietrudno. Zatem Kuzco takową zaliczył, a juści. Zdumiony faktem, że zawartość kuwety zamiast zostać w środku, podstępnie go goni, postanowił pozbyć się jej w wiadomy sprawdzony koci sposób. Ślady na miejscu zbrodni dobitnie wskazywały, gdzie kudłate czarne uskuteczniło szaleńczą jazdę po podłodze tylną częścią ciała. Musiało być dramatycznie – co najmniej trzy okrążenia w przedpokoju, ze spektakularnym finiszem na dywanie w salonie. No cud, miód, malina. Pierwsze miejsce na podium i puchar!

Więc (nie zaczyna się zdania od więc) zamiast rzucić się w pościel i odpłynąć, musieliśmy ogarnąć pobojowisko – umyć podłogę, wyczyścić dywan oraz wyprać sfochowanego kota. Bardzo cicho i z wyczuciem (mama!). I oczywiście na wdechu.

Aha, stwierdzenie Piotra stającego w progu, bezdyskusyjnie tekstem miesiąca: Albo mi się wydaje, albo coś się zaśmiardło w fułaje🙂

Wracamy do normalności

Mam Pawła w domu. W końcu. 

Piotrek wziął urlop. Nareszcie jest też w domu.
I mamę mam w domu. Moją własną.
I jest zajebiście.

Wczoraj do południa:
– Przywiozłam meble rattanowe na taras chłopaków, bo wiesz, one się u nas nie mieszczą… Ale ładne te tuje… Czemu mówilaś, że brzydkie?… Ładne.

Wczoraj wieczorem:
– Matko, jaki tu bałagan w tym domu… Czysto, ale bałagan… Macie piwo? Dajcie troszkę piwa, bo nie usnę. A ty, moja panno, do łóżka spać. Wstajesz jutro o szóstej rano, będziesz padnięta. Szybko mi spać.

Dziś rano:
– Zrobię ci kawę. Zrobię ci kanapkę. Chcesz pomidora?… Ty zamierzasz iść tak do pracy? Widać ci nerki… Na którą ty chodzisz do tej pracy, na ósmą? Jest dziesięć po!… Marta! Jest dwadzieścia po! Na którą ty chodzisz do tej roboty? Co łaska?… Byle przed piętnastą?… Jedź mi ostrożnie.

Pojechałam, a ona stała na balkonie z kubkiem kawy w rękach.

Ciekawe, o czym taka mama myśli?…  Gdy tak stoi. I nic się nie dzieje. W domu cisza, faceci śpią, koty śpią. O czym ona myśli?…

Zawsze mnie to fascynowało.