Mistrz kuchni poleca: lasagnĘ z zielskiĘ

Zapytałam Pawła, co chce na pierwszy domowy obiad po szpitalnej diecie cud.
– A nie przejmuj się. Wszystko będzie lepsze od tego tutaj. Chociaż… Umiałabyś zrobić lazanię? Taką z cukinią i brokułami?…

Miauwa! Robię świetnego kurczaka z papryką, niezłą golonkę na piwie, fajne schabowe, boskie wołowe bitki… Ale wegetariańskie żarcie?… Noł łej. Mam za krótki staż no. 😦

– Piotrek, potrafisz robić tę waszą lazanię?
– Tunia, błagam cię. Nie próbuj nawet dopuszczać mnie do garów, bo potem trzeba będzie remontować kuchnię. Ale moja matka potrafi. Zadzwoń do niej. Robi najbardziej zajebistą lazanię na świecie.

Zadzwoniłam więc.
– Potrzebuję tej twojej słynnej lazanii. (Dla twojego syneczka.) Nigdy nie robiłam lazanii. Nie umiem, nie znam, nie orientuję się, zarobiona jestem. Ty podobno umiesz. Co ty na to?

Okazało się, że jak na lato. Nabyła świeże warzywka, zakręciła się i przygotowała. Anioł, nie kobieta!

– Martuniu, lazania gotowa. Wysyłam ci ją kurierkiem. Jutro będziesz miała.

Przywieźli. Zapakowaną w formę do pieczenia, oklejoną kartonem, opisaną: TRZYMAĆ W ZIMNYM! Z DALA OD GRZEJNIKA!

Pan kurier zapytał: Proszę pani, bo myśmy się zastanawiali z kolegami… Trzymać w zimnym… Z dala od grzejnika… O, tutaj jeszcze raz jest napisane, żeby trzymać w zimnym… Co to jest? Nerka?

I tak o.

(Spoko. Przedsiębiorczość mam we krwi. Po mamusi.)

Rozmowa z Energą

– Dzień dobry. Jestem pełnomocnikiem osoby, która jakiś czas temu kupiła mieszkanie. Wysłałam do was i do gazowni protokół zdawczo-odbiorczy i ksero aktu notarialnego. Z gazownią mam już dawno sprawę załatwioną. Chciałam się dowiedzieć, co z wami…
– Pewnie nie dołączyła pani wszystkich niezbędnych dokumentów… Ksero dowodu osobistego… Nip…
– Halo! W gazowni też tego teoretycznie wymagano, ale obeszło się bez zbędnych formalności. O co chodzi?
– Jeśli zabrakło wymaganych dokumentów, może być problem i pani pismo może nie zostać rozpatrzone…
– W takim razie powinnam chyba dostać pismo z prośbą o uzupełnienie ewentualnych braków formalnych?…
– No nie wiem…
– Że co, proszę?!

(W tym momencie włączyła mi się wredna suka.)

– Proszę pani, wysłałam protokół, wysłałam ksero aktów notarialnych… Jeśli zabrakło próbki mojego moczu, kału, krwi oraz kosmyka moich włosów, powinnam dostać info na ten temat na piśmie, nie uważa pani?…
– Eee… Ale ostatecznie może się pani zgłosić do naszego punktu i osobiście…
– Że jak? Że mam sterczeć w kolejce podczas, gdy mam możliwość załatwienia sprawy w sposób w miarę cywylizowany, czyli via Poczta Polska?… Mówię w miarę, bo powinnam mieć możliwość załatwienia tej sprawy przez internet, miauwa. Ja pracuję do szesnastej. Wieczorkiem chętnie się do was wybiorę. Pracujecie wieczorami?
– Eee…
– Mam potwierdzenie z poczty, że odebraliście protokół i kserokopie dokumentów. Jeśli okaże się, że przez wasz bajzel zostanie odłączona energia, ja i mój prawnik puścimy was z torbami, zrozumiano?


Z tymi torbami trochę mnie poniosło, wiem.
Szkoda mi tej panny z infolinii. Cóż ona winna…
Ale troszeczkę mi lepiej.
Zatem niniejszym proszę o lincz.

Obaj chcą mnie mordować… No nie wiem…

Piotr wyłożył gotówkę na stół i zarządził: Zrób porządek z tym błotnikiem, proszę. I nie mów nic Pawłowi. Wystarczy, że ja się nastresowałem. To będzie taki nasz malutki sekrecik. Zamorduję cię, jeśli coś piśniesz. Z zimną krwią. Jadę po zapałki do Berlina. Wracam za cztery dni. Aha, widziałem mysz na tarasie…

– To nie mysz. To pan mysz. Ma na imię Roman. Widocznie dostał urlop. Wrócił z kontraktu na stare śmieci – przezimować. Spoko. Jedź ostrożnie.

(Wzrok Piotrka bezcenny.)

Zatem cały łikend miałam wolną chatę, chodziłam po domu w gaciach, tarmosiłam koty i robiłam pranie.

(Aha, rodzina Sikorskich również wróciła. Mają wyżerę w karmniku i ochoczo zasrywają balkon.)

Piotra poniosło na zachód, za to Paweł jest na łączach – wczorajszy sms o czwartej nad ranem:
Śpisz? Ja gapię się w okno i odliczam dni. Mówię Ci, ile gwiazd! To całuję, śpij dalej. P.S. Mam nadzieję, że śpisz sama. Bo jeśli nie, to Cię zamorduję i będę się pastwił nad zwłokami.

(Nie wiem, czy stado kotów, które przytulam w łóżku przed snem, się kwalifikuje.)

Wypisują go w piątek. :)

Jestem chyba kolejnym wcieleniem Hioba

Ktoś tam na górze ma nieco czarne poczucie humoru. Albo sprawdza moją wytrzymałość. Albo doświadcza mnie w imię jakichś wyższych idei (kolejnym „darem” będą pewnie stygmaty). Albo mnie zwyczajnie nie lubi. Po prostu.

Nosz miauwa – najpierw Paweł, potem tramwaj, Miki w tak zwanym międzyczasie, a teraz… Teraz moją skromną osobą zainteresował się urząd skarbowy. Tak, proszę Państwa. Jako że pierdyliard lat temu śmiałam popełnić czyn haniebny – sprzedałam mieszkanie, kupiłam mieszkanie i powiadomiłam naszą uroczą skarbówkę, że: sorry, Winnetou, nie zapłacę wam ani grosza, nie obłowicie się – dzięki upierdliwemu artykułowi 21 ustępowi 1 punktowi 32 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych.

No to się wpienili.
(Nie dziwię się. Też bym się wpieniła. Spoko.)

Zażądano ode mnie:

  • tytułu prawnego do nieruchomości;
  • potwierdzenia zapłaty należności za nieruchomość;
  • potwierdzenia wpływu należności z tytułu zbycia nieruchomości.

Zadzwoniłam i zapytałam, po co tyle papierologii. Czy nie wystarczą oba akty notarialne?…
Otóż nie, proszem panią!

Zatem reasumując i przekładając na nasze – muszę udowodnić, że:

  • nie oddałam mojego poprzedniego mieszkania za darmo w ramach jakiejś akcji charytatywnej;
  • nie otrzymałam za friko mieszkania od dewelopera, którego przedstawiciel u notariusza z oświadczył z miną pokerzysty, iż należność została zapłacona (puszczając do mnie potem porozumiewawczo oczko);
  • nie porosłam sierścią, nie żrę trawy i nie mam dwóch garbów.

No ja miaukolę… Czy zagląda tu ktoś z branży? I czy mógłby mi wyłożyć, jak czterolatce, o co kaman?

Nuda

Dzień jak codzień. Rano zwlekłam się z łóżka i pojechałam na zakład. A tam ciemno, buro, zimno… Żadnych nowych plotek. Nic.
Nuda.

Wypiłam więc kawę. Zjadłam śniadanie. Odbębniłam swoje osiem roboczogodzin.
Nuda.

A potem – jadąc do domu – miałam wypadek. Ale przeżyłam. Nic mi się nie stało. Escort mnie zepchnął prosto pod tramwaj.
Ale naprawdę spoko.
Tramwaj się zatrzymał jakieś trzydzieści centymetrów przed moim zderzakiem i wytrzeszczonymi oczami.
Luzik.

Błotnik do wymiany.
Eee… Nuuuda.

Właśnie wróciłam z komisariatu. Pierwszy raz jechałam radiowozem, proszę Państwa. Tyle, jeśli chodzi o atrakcje dzisiejszego dnia.
A teraz przystępuję do spędzania nudnego wieczoru. Na pewno będzie udany.
Na pewno.

O ile mnie zaraz, kurwa mać, szlag jasny nie trafi.

Wracam do tematów mniejszego kalibru

Majkelowi zrobiło się coś na cycku. Na tym ostatnim, najgrubszym (if ju noł łot aj min 😉 ).

Sutek cały czerwony, otoczka też, zgraja strupów…
Potraktowałam hexodermem. Nie bardzo pomogło.
Zaczęłam psiukać fungidermem.
Bingo!

Zadzwoniłam do wet: Wygląda mi to na zmianę grzybiczą, ale jest też stan zapalny. Obawiam się, że będzie potrzebny antybiotyk.

Pojechałam. Wet pobrała zeskrobinę pod mikroskop, przepisała antybiotyk, a następnie – po godzinie – zadzwoniła: Są też zmiany grzybicze. Fungiderm to strzał w dziesiątkę. Może pani już spokojnie zakładać gabinet. Będzie stanowił konkurencję.

🙂

Goi się, ale Miki cały czas rozlizuje.
Do gry wszedł tanno hermal lotio. Jest poprawa, jeśli kocura pilnuję. W chwilach mojej nieuwagi rozlizuje ranki aż miło.

Kołnierza mu nie założę. Ale, przysięgam, zaraz wynajdę jakieś rozciągnięte gacie, zrobię dziurę na ogon i przyozdobię gościa. I będą się z niego śmiać chłopaki z całego pueblo.

Mimo wszystko, całkiem sympatyczny dzień dziś miałam.

Retrospekcje po gripexie

Znowu chodzę z glutem do pasa. Zatem mam cenną radę: gdyby ktoś musiał w nocy robić coś super ważnego, nie wiem… Sesja, egzaminy czy coś…  Szczerze polecam gripex.
To gówno ma chyba amfetaminę w składzie.
Miauwa, zasnęłam o piątej nad ranem. Całą noc gapiłam się w sufit, a potem oglądałam tivi. Super.
Czuję się świetnie.

Ale wracam do świata żywych. Powolutku.
Paweł też. Nie może się tylko jeszcze śmiać, bo go boli. Zatem jesteśmy poważni, jak na niedzielnej sumie.

Najbardziej przeżyłam moment, kiedy to trzeciego dnia kwitnięcia w szpitalu, wreszcie mnie zmorzyło.

(No muszę to z siebie wywalić.)

Padłam jak Pluto na ławce w korytarzu. Gdy się ocknęłam, Piotra nie było, a łóżko Pawła było puste.
Starałam się być dzielna, nie powiem. Mimo to zrobiło mi się słabo i w przeciągu jednej minuty doznałam: zawrotów głowy, kołatania serca, ucisku na, mroczków przed oczami oraz efektu hiperwentylacji. I właśnie na tej hiperwentylacji przyłapał mnie Piotrek. Spojrzał na mnie i również zrobił się zielony.
Następnie chwycił mnie za rękę.
I zaczął tłumaczyć, że Pawła przenieśli, że jest lepiej, że nie chcieli mnie budzić.
I dzięki Piotrkowemu refleksowi nie zemdlałam, ani nie dostałam kolejnego zawału.
I, powiedzmy, że się w miarę uspokoiłam. W miarę.

I – przy pomyślnych wiatrach – Paweł opuści szpital na początku grudnia.
Na razie musi pozostawać w pozycji horyzontalnej. Zaczyna go to już z lekka wpieniać, co jedynie potwierdza fakt, że idzie ku dobremu.

A potem podda się go niezawodnej metodzie, potwierdzonej przez lekarzy i farmaceutów – kotohabilitacji.
No.

Potwornie piątkowo

Są takie dni, kiedy nie mogę ze sobą wytrzymać. Kiedy przeistaczam się w potwora ziejącego ogniem i plującego jadem. Dzisiaj prawie zabiłam jedną zdzirę w punto i jednego palanta w bmw. Naprawdę, byłam skłonna zarąbać ich siekierą (dobrze, że nie noszę takowej w torebce, zatem nie mam jakby pod ręką).

Weszłam do budynku – ochroniarz zagaił z niepewnym uśmiechem: Pani Marto, co się pani dzisiaj stało? Dziwnie pani wygląda.

Udałam się piechotą na górę, potknęłam się na schodach – skopałam schody. Kopnęłam jeszcze drzwi od pokoju, bo się nie chciały otworzyć.

Koleżankom i kolegom musiałam obiecać, że nie wpierdzielę drukarki na drugie śniadanie.

Nie wiem, co się dzieje. Pełnia jest?…
Bo jeśli nie, a ja już przed pełnią jestem w takim stanie, to przysięgam – w poniedziałek każę się związać, zakneblować i wywieźć na pustkowie.

Kącik auto-moto

Dzisiaj rano postawiłam sobie zadanie: nikogo nie sklnąć jadąc do pracy, nikogo nie skrzyczeć. Generalnie – nie komentować jazdy kierowców użytkujących wspólnie ze mną drogę. 

Niestety. Przykro mi. Nie wyszło. Nie dałam rady. To ponad moje siły. Wytrzymałam dziesięć minut.
A potem zapomniałam, że mam misję…

Maaaatko, no jeeedź! No ruszaj no! Jezusss, no połóż się jeszcze na tej drodze! Halooo, zieleńsze nie będzie!

oraz:

Dekiel!
Baran!
Ciota!

a także:

Wiedziałam. Baba.

Paweł bywa nad wyraz cierpliwy we wkurzających sytuacjach na drodze. Jest wręcz rewelacyjny. Spokojnie wyprzedza na prawym pasie jadącego lewym pasem szaloną pięćdziesiątką demona szos (bo demon za niecałe pierdyliard kilometrów ma zamiar skręcać w lewo, a co), a gdy się z nim zrówna, pokazuje mu wyciągnięty w górę kciuk i bije brawo z uznaniem. Demon robi oczy jak pięciozłotówki i oczywiście nie wie, o co chodzi.

Dlaczego ja tak nie umiem?… :(

Coraz bliżej finiszu

Jesteśmy z Piotrem cosik nerwowi. 

No ciekawe, miauwa, czemu. Ciekawe…

Wczoraj Piotrek przytargał na posesję trzy kanapy, tylko raz przeklinając. (Ciekawostka!)

A potem opierniczył mnie przy majstrach, bo niby zgubiłam jego najważniejsze w życiu karteczki z rozrysowaną elektryką w domu. Zatem się wmiauwiłam, nie powiem. I postanowiłam, że choćby na dnie piekła, ale znajdę te karteczki.

I znalazłam.
U Piotra w samochodzie.
W schowku.

Ależ miałam dziką satysfakcję, gdy mnie przepraszał przy majstrze Mirosławie i elektryku Zenonie… Ach!

Potem pojechaliśmy do Pawła do szpitala.
Następnie Piotr mnie odwiózł do domu i wrócił na budowę.
(Zasnęłam z Rudolfem na kanapie.)

A następnie – w środku nocy  Piotruś powrócił, wtargnął do mieszkania z tupotem ogromnym, pozapalał wszystkie możliwe światła i cisnął mi swoją kurtkę na plecy ze słowami: O Boże! Nie wiedziałem, że śpisz!

Nie no, luz.

A co ja bym w sumie mogła robić o pierwszej w nocy? Hm… Niech pomyślę… W sumie mogłam na przykład spać pod kanapą… Albo wyruszyć na wyprawę do Lasów Nadbiebrzańskich… Albo jechać na safari do Afryki… Albo mogłam prozaicznie iść na zakupy…

Usiadł na brzegu kanapy i stwiedził przepraszająco: Wiesz, Tunia… Gdyby nie ty, to byśmy nie byli nawet w połowie tego cholernego remontu. Ja już bym sobie w międzyczasie zrobił jakieś dwa miesiące przerwy. Dzięki.

I tak o.