Zaniedbywałam ostatnio sierściuchy, przyjeżdżając do domu tylko po to, żeby napełnić michy, wyczyścić kuwety, głasnąć zdawkowo i znów wyjść.
Wiem, że nieelegancko.
Ale są takie dni w życiu żółwia…
(…że czasem musi dać komuś w mordę.)
Nadrabiam aktualnie.
Małe łaciate ma pewien rytuał. Zawsze około piątej rano budzi mnie irytujący szelest – Lara przynosi w pysku sklepowy paragon, gwizdnięty z mojej torebki/siatki/reklamówki*. (* niepotrzebne skreślić)
Nie wiem, czy to ma być prezent, czy sposób na natychmiastowe obudzenie mojej osoby (bardzo skuteczny), czy też zaproszenie do zabawy. (Rzuć. Będę aportować! No weź!)
Tak się składa, że o piątej rano nie zwykłam myśleć racjonalnie. Zatem – półprzytomna – wyjmuję paragon z kocich zębów, upycham go pod swoją poduszką i natychmiast ponownie odpływam. A potem wstaję i zapominam o zaszłości.
Właśnie zmieniałam pościel. Pod poduchą miałam zawartość wypełnionej po brzegi śmietniczki spod Biedronkowej kasy.
Kocia atencja potrafi czasem przytłoczyć… :)