Z ostatniej chwili…

Zaniedbywałam ostatnio sierściuchy, przyjeżdżając do domu tylko po to, żeby napełnić michy, wyczyścić kuwety, głasnąć zdawkowo i znów wyjść.
Wiem, że nieelegancko.
Ale są takie dni w życiu żółwia…
(…że czasem musi dać komuś w mordę.)

Nadrabiam aktualnie.

Małe łaciate ma pewien rytuał. Zawsze około piątej rano budzi mnie irytujący szelest – Lara przynosi w pysku sklepowy paragon, gwizdnięty z mojej torebki/siatki/reklamówki*. (* niepotrzebne skreślić)
Nie wiem, czy to ma być prezent, czy sposób na natychmiastowe obudzenie mojej osoby (bardzo skuteczny), czy też zaproszenie do zabawy. (Rzuć. Będę aportować! No weź!)

Tak się składa, że o piątej rano nie zwykłam myśleć racjonalnie. Zatem – półprzytomna – wyjmuję paragon z kocich zębów, upycham go pod swoją poduszką i natychmiast ponownie odpływam. A potem wstaję i zapominam o zaszłości.

Właśnie zmieniałam pościel. Pod poduchą miałam zawartość wypełnionej po brzegi śmietniczki spod Biedronkowej kasy.

Kocia atencja potrafi czasem przytłoczyć… :)

Napad żarcia kompulsywnego miałam…

Lodówka ziała pustkami. Artykułów pierwszej potrzeby brak. Chleba, masła, czegokolwiek na chleb, mleka, wody i piwa brak. No ba! Upadlaliśmy się pół nocy z piątku na sobotę, a ja się dziwię, że w chacie syf i nie ma co jeść. Jak to mawia mój brat: Zdziwko cię chapło, moja panno, co? Ano chapło, trzeba jechać po zakupy.

Pojechałam. Stanęłam przed półką z serami i mi zapachniało… Ustalmy – wybrałam się na zakupy z pustym żołądkiem. Szczyt głupoty, wiem.

Poniosło mnie na stoisko z warzywami. Matko Boska, ogóry kiszone! Czułam, że jeśli ich zaraz nie zjem, to umrę. Złapałam słoik i galop. Po drodze w amoku chwytałam z półek wszystko, co tam miałam na liście do kupienia: chleb, masło, jakiś ser, proszek do prania, woda, mleko. Galop do kasy. Galop do samochodu i do chaty. Parking, klatka schodowa, winda, ręce mi urywało od siat. Wpadłam do domu, wszystkie zakupy się rozsypały i potoczyły po podłodze. Nieważne. Najważniejsze, że w końcu stałam w kuchni i – po ciemku, w kurtce – wpierniczałam te cholerne ogórki.

Wtedy wszedł Piotrek. Oczywiście. Zakupy rozwalone, półmrok, a ja z pustym słoikiem w łapie kończę właśnie przeżuwać. Pięknie, miauwa, pięknie.

– Tunia?…

No halo!

Chyba od-re-a-go-wu-ję.
Dobrze, że ogórkami, a nie czekoladą na przykład...

Zezłomowaliśmy Rogera

Motor znaczy.
(Jakoś mnie to nie zmartwiło.)
Nie było innej opcji – z maszyny została miazga. Proszę mi wierzyć – w pracy oglądam akta ze zdjęciami z miejsc wypadków, ale w życiu czegoś takiego nie widziałam. Gdyby ktoś pokazał mi taką fotę i powiedział, że motocyklista przeżył – nie uwierzyłabym.

Kierowca seata miał 1,8 promila w wydychanym powietrzu. Oczywiście wyszedł z sytuacji bez najmniejszego draśnięcia. Oczywiście – poza zatrzymaniem prawa jazdy – póki co sam nie został zatrzymany. Oczywiście został skierowany na badania psychiatryczne.

Wiecie, że biegli psychiatrzy są jednymi z najlepiej zarabiających ludzi w naszym pięknym kraju?… Wiem, bo zawodowo siedzę u samego źródła takich cennych informacji. Niewykluczone, że sprawa zakończy się podobnie, jak w przypadku naćpanego rajdowca z Monciaka – w chwili popełniania czynu był niepoczytalny. Ha! Boże, patrzysz i nie grzmisz…

Piotr się zarzeka, że jeśli skurwiel się wywinie, to sam go dopadnie. Konsekwentnie wybijam mu to z głowy. Jakoś średnio mi się uśmiecha odwiedzanie jednego w szpitalu, a drugiego w więzieniu, z równoczesnym ogarnianiem pracy i domu wraz z sierściuchami. Mocno średnio. Mogłoby mi nie wystarczyć doby, która – siłą rzeczy – ma tylko dwadzieścia cztery godziny.

Póki co organizujemy sobie męski wieczór – dla uczczenia pamięci Rogera. Menu mocno urozmaicone: „schabowe” z kalafiora i łiski. Obojgu nam przyda się reset.
Bardziej Piotrkowi oczywiście, bo wszak powszechnie wiadomo, że kobiety są silniejsze psychicznie.
(Taaa…)

Jestem

Mniej więcej.
Raczej mniej, niż więcej.
(Jakieś trzy kilo.)

Ten facet jest z tytanu.
Albo ma siedem żyć jak kot.
Albo zajebiste chody tam na górze.

Bardzo Wam dziękuję. Za tą niesamowicie pozytywną, ciepłą energię, jaka popłynęła w naszym kierunku. Odsyłam ją dalej, z nawiązką.

A teraz muszę się wyspać. I nareszcie we własnym łóżku. Bo – przysięgam – zaczynam już widzieć różowe słonie.

DZIĘKUJĘ.

Przyrost naturalny

Kolejne dziecko się w dziś nocy urodziło. Matko Boska, jakie te moje koleżanki rozpłodowe!
Ja nie nadążam. Nie jestem w stanie zapamiętać, która kiedy ma termin, która ma nudności, do której jechać z kiszonymi ogórkami, a do której z czekoladą…
Normalnie pozarażały się od siebie jak nic.
Na pewno kąpały się w tym samym basenie albo piły z tej samej szklanki.

Muszę częściej myć ręce. Albo wytarzać się w gaszonym wapnie. Albo się wysterylizować.

Miauwa no…

Na drucie… 13

– Mamo, mam dla ciebie fajną wiadomość…
Fajną? Niech pomyślę… Nie mów! Za mąż wychodzisz?… Znowu?
– Oj, mama, przestań. Chciałam…
– Jezu, przyjadę! Do tego czasu się wstrzymaj, dobrze? Deklaruję się zastrzelić go z litości z dwururki stryjka leśniczego.
– Mamo!
No co? To sympatyczny i normalny facet. Szkoda go.

Miauwa.

Zemściłam się, udzielając zwięzłej informacji, iż ochoczo korzystając z zaproszenia mojego ojca, zwalamy im się na święta całą naszą szósteczką. Mój dom rodzinny jest najbliżej, bowiem:

  • Jana jest Czeszką, a Borys Rosjaninem – do domu daleko;
  • Robert wychował się w domu dziecka – rodziny zatem brak;
  • bliźniaki są Niemcami, z pochodzenia – matka w Malborku wprawdzie, ale z nową rodziną, a ojciec w Niemczech.

Miauwa, jak ludzie miewają przesrane, co nie?… Wychodzi na to, że jestem szczęściarą. A i tak wiecznie psioczę…

(Fajnie będzie. 🙂 )

Plany

Ludzie dzielą się na trzy grupy.

Pierwsza grupa: mają plan – realizują go konsekwentnie punkt po punkcie (Paweł).

Druga grupa: nie mają żadnego planu – idą na żywioł i są spontaniczni (Piotr).

(Tych drugich mniej się boję.)

Trzecia grupa: zawsze mają jakiś plan z zamiarem zrealizowania, ale im nie wychodzi (mła).

(Zazdroszczę tym pierwszym.)

Gdy się do czegoś zabieram, lubię sobie wszystko zaplanować. Gorzej z egzekutywą.
Ale chyba jestem z tym pogodzona.
W każdym razie nie narzekam.

Rudzielce wcięło

Znaczy koty moich rodziców wybrały się na gigant.

Ojciec wrócił z pracy po południu i już ich nie było. Nadal nie ma. Nawoływania, dzwoneczek tarasowy, grzechot karmy w słoiku psu na budę.

Matka w sanatorium, ojciec tam sam, zdenerwowany, biedny… Też mam stres…

Nigdy, przenigdy nie mogłabym mieć w domu kotów wychodzących. Never.

Umarłabym z nerwów.

Znajdą się, prawda?…

:/

Spojrzałam w lustro…

I doszłam do wniosku, że wyglądam jak nieboszczka po trzech ekshumacjach. Postanowiłam zatem się ogarnąć. Siedzę z maseczką na twarzy, kiwam se nóżką i szukam koncepcji na jutrzejszy dzień.

Dziś spokojnie, za to wczoraj było grubo.

Otóż dzieci zorganizowały sobie Halloween…

Nosz miauwa, że też my wszystko musimy zgapiać od Amerykanów, którzy pod względem durnoty zajmują niekwestionowne pierwsze miejsce na świecie. My najprawdopodobniej znajdujemy się na drugim, więc czemuż tu się dziwić.
Nie pochwalam – bal przebierańców tuż przed dniem poświęconym tym, którzy od nas odeszli… Jakoś tak profanacją mi zajeżdża. Niesmak mam.
Ale dzieciom to pasuje.
Bawią się.
A niech się bawią.

Dzieciaki porozwieszały ogłoszenia na klatkach schodowych z prośbą do mieszkańców o zaopatrzenie się w słodycze. Żeby nie było wtopy, jak w zeszłym roku.

No dobra.
Dzwonię: Piotruś, jak będziesz wracał, wstąp, proszę, do sklepiku i kup cukierki dla dzieciaczków na wieczór.
– Się robi, Martunia. Podjadę do sklepiczku i kupię cukiereczki.

Och! Ach!

Czy kupił? Ależ kupił. Owszem. A juści. Z pół kilo!
I to na bogato pojechał – kupił dzieciom cukierki czekoladowe nadziewane żubrówką.

Czy jeszcze ktoś się zastanawia, dlaczego sądy przyznają opiekę nad dziećmi matkom, a nie ojcom?
Anybody?…
Proszę pytać, śmiało.