Poniedziałeczek

Mamy tę inwentaryzację w robocie, tak?

Dziś lekko nie było, albowiem odór kiepskiego spirytusu w magazynie dowodów rzeczowych, w którym to magazynie byłam zmuszona przebywać prawie godzinę, omal mnie nie zabił.
– Nieźle tu imprezujecie.
– Eee, nie. Nasi dzielni śledczy rozpracowali nielegalną rozlewnię i wszystko to tu zwieziono. Nieszczelne jest dziadostwo…

(Taaa, jaaasne. Hyhy. 🙂 )

Na domiar złego dzisiejsza inwentaryzacja okazała się inwentaryzacyjką. Spisywałyśmy sprzęciki w magazynku ze spirytusikiem, wiecie.

Przypadła mi w udziale taka słodko pierdząca koleżanka do pomocy…

(Jaką śliczniutką masz bluzeczkę z zieloniutkimi guziczkami, ach!)

Słowo daję, to cud, że nie dostałam szału. Może dlatego, że jaki poniedziałek, taka reszta tygodnia, zatem nie chciałam sobie tego dnia zepsuć.

(Masz jakieś pieniążki przy sobie? Chciałam sobie kupić batoniczka.)

Grrr…

Jak Boga kocham, kiedyś nie wytrzymam. I przydzwonię jej w tą śliczniutką buziulkę moją pracusiową klawiaturką…

Sobota bardzo miła

Kupiłam dwa wina, bo myślałam, że będzie to kulturalny wieczór.

Paweł kupił jedno. Spoko, na pewno zostanie…
Robert z Janą przynieśli następne. No dobra.
Mój brat przywiózł kolejne… Ok.
Napatoczył się Borys. Z winem… Zamiauwiście.

Taaa…

Win wytrąbiliśmy sześć.
Za dużo nie pamiętam, bo zasnęłam.
Po prostu padłam, polegując na kanapie.
Normalnie przyszli goście na kolację, a ja odpłynęłam.

Tak właśnie.

Pani domu poszła w kimę, ucięła komara i, kurna, niech to jasny szlag trafi, w połowie pijackiej dyskusji urwał się pańci film.

Obciach na maksa.
Ubombała sie i zasnęła.
Pięknie, miauwa, pięknie.

Kogo zaprosić na kolację w winem? Kogo? Palec pod budkę!

W biegu nieco

Ogarnęłam dom. 
Następnie padłam. 
Przed laptopem.

Prasówka zaliczona. Mejle odfajkowane. Odhaczam więc jeszcze bloga.

Brat nadciąga, a ja nie mogę znaleźć korkociągu. Nadworna złodziejka dóbr wszelakich – Lara – nic nie zeznaje na ten temat. Myślę, że bezczelnie łże, bo nie patrzy mi w oczy. Czuję, że znowu będę otwierać butelkę obcasem, słownikiem Collinsa i patelnią…

Na głowie mi się zrobiło zderzenie czołowe z miotłą.
(Miotła przeżyła.)
Lecę się ogarnąć zatem.
Siju.

Klimaty rodzinne

Dowiedziałam się, że obie z młodą żyjemy tylko po to, żeby rozwalać związki naszego brata. Tak właśnie. A ta uparta cholera, nasz brat znaczy, od jakiegoś czasu nie daje nam się zrealizować. Mimo ciężkiej harówy, którą odwalamy, ostatnio nic.

Jakiś czas temu to była buła z masłem. On oświadczał, że się zakochał, potem pokazywał zdjęcie i nas oświecał: To ona! To moja wybranka. Moja (druga) przyszła żona. Matka moich dzieci. Opiekunka mojego jelonka, który będzie pasł się w ogródku wokół domku, jaki dla niej zbuduję. Z widokiem na zachodzące słońce! Czyż nie jest piękna?
I wtedy wystarczyło powiedzieć subtelnie: Łomatko! albo: Ile wypiłeś? albo: Hm… A nie było już kobiet? I gotowe! Po tygodniu znowu spotykał tę jedyną i jakoś było.

A teraz… Teraz zrobił się bystry jak tchórzofredka i przebiegły jak kojot. Przejrzał nas na wskroś.
Albo ma trzeci miesiąc posuchy. Sama nie wiem…
W każdym razie coś nudno się zrobiło.

Się zrobiło i przestało.
Albowiem dziś odebrałam telefon, jakby z zaświatów: Siostra, przyjeżdżam! Cieszysz się?
Ja, trzeźwo: Ok. Co się dzieje?
On: Się dzieje, mówię ci… Ale u ciebie też się dzieje. Słyszałem, że żyjesz w trójkącie?… Kurde, rozwijasz się, siostra. Nie nadążam. Przyjeżdżam się podszkolić.
Ja: Idiota.

(Z niecierpliwością oczekuję fotki nowej lasencji. O tak…)

Rękawiczka

Paweł mnie czasem przeraża – umówmy się, że albo jest dziwny i ma zdolności nadprzyrodzone, albo po prostu jest wyjątkowo uparty.

Mam czarne rękawiczki, skórzane, bez palców. Na zimę się nie nadają, ale są idealne na chłodne jesienne poranki, tudzież wieczory. Jestem z nimi związana. Kocham je. Są fajne.
No i zgubiłam jedną. Płacz. Rozpacz.

Dużo jeździliśmy po mieście tego dnia, byliśmy w wielu miejscach… Nie ma bata, nie pamiętałam, gdzie mogła mi wypaść. Miałam je cały czas w torebce. Może ktoś mi ją gwizdnął…

Paweł popukał się w czoło: Odtwórz sobie po kolei, tak jak cię uczyłem.

No to zaczęłam odtwarzać – spożywczy, szewc, apteka, monopolowy, bez sensu… Jest już późno, jestem głodna, jedźmy do domu, bez sensu, przecież w życiu się nie znajdzie, no już trudno, bez sensu…

Nie! Nie bez sensu, absolutnie nie, ona na pewno leży na ulicy. Albo wisi na jakimś murku, albo na jakimś płocie. Na pewno, bo on wielokrotnie widział samotne pojedyncze rękawiczki leżące na murku albo wiszące na płocie. Tylko nikt po nie nie wraca, bo ludzie się poddają zbyt szybko.

Pojechaliśmy w parę miejsc. Było nudno. Dołująco. Rękawiczki oczywiście nigdzie nie było. Za to było ciemno, zimno i nadal bez sensu.

I wtedy Paweł przypomniał sobie, że nie sprawdziliśmy jednego murku. W pierwszym miejscu! A tam był murek! On pamięta! A ludzie zawsze odkładają walające się rękawiczki na pobliskie murki, ile razy on ma nam to powtarzać. I czy możemy wrócić w to pierwsze miejsce i przestać się na niego kretyńsko patrzeć.

Nie mam pojęcia, czemu patrzyliśmy na niego kretyńsko. Rękawiczka oczywiście leżała tam na murku. Oczywiście, że tak. Cała w błocie, owszem, ale ktoś ją, kurna, odłożył na ten pieprzony murek.

Siedzieliśmy w samochodzie, a Paweł biegł do nas uśmiechnięty, machając moją rękawiczką. 🙂

Widać na tym świecie już tak jest – ludzie się poddają i zawracają z drogi, bo tracą wiarę. A zawsze na końcu każdej drogi na każdego czeka jego rękawiczka.

Tak, moi drodzy.

Jak dobrze mieć siostrę

Nie wiem, co się dzieje, ale nadal nie mogę spać. I wmauwia mnie to okropnie.

Dziś przewracałam się w łóżku do czwartej rano, wymyślałam sobie różne historie w głowie i pisałam w myślach felietony, książki, scenariusze. Różne. Różniste.
Ale mi się znudziło.
To wstałam.
Na paluszkach, żeby nikogo nie obudzić.
Poszłam do drugiego pokoju i ległam na kanapie pod kocem, żeby poczytać.

O 5.00 znienacka usnęłam.

O 5.30 przyszła siostra i zaczęła mnie szturchać i krzyczeć, że Boże, tak się wystraszyła, bo mnie nie było i od razu zaczęła mnie szukać, i tu przybiegła, i mnie zobaczyła, i tak się ucieszyła, bo się martwiła, i co ja tu robię.

A nic, właśnie udało mi się zasnąć. Spoko.

Nie no… Jestem prawie wyspana. I wyluzowana jak po beczce pavulonu. W końcu to ostatnia jej noc u mnie…

(…na jakiś czas…)

 

 

Będzie mi jej brakowało.

Szwagier is kaming tu tałn

Kocury się mnie poukładały jak naleśniki (w sensie jeden na drugim) i śpią. Najgorzej ma ten na samym dole. Chyba Miki. Chyba, bo w tej plątanininie łap i ogonów trudno mi się rozeznać.
Przed spoczynkiem, należnym kotom po ciężkim kocim dniu, Majkel wymył Rudolfa, Rudolf wymył Kuzco, a Kuzco wymył Majkela i – słowo daję – robili to równocześnie.

Panny natomiast się wyalienowały na kanapie w drugim pokoju.

Zasadniczo kobiety są chyba trudniejsze w pożyciu. Faceci potrafią praktycznie wszystko brać na luz. A baby każdą duperelę rozkładają na części proste i szukają dziury w całym.
I ot tak – od lekkiego kociego tematu potrafią zgrabnie przejść do cięższego kalibru, nieprawdaż?

A propos kobiet – moja siostra się dziś spakowała. Wraca do siebie pomieszkać.

Młody mężczyzna (lat dwa, miesięcy trzy) zaprotestował: A wujek? Kto mi będzie czytał o Bobie?

(Paweł co wieczór przed snem wałkował z nim Boba Budowniczego, wiecie. Raz Piotrek go próbował wyręczyć i zasnął po piątej stronie. W przeciwieństwie do dziecka. Nie no, luz.)

– Ja ci będę czytać. A zresztą jutro wraca twój ojciec.
Młody, z oburzeniem: To nie jest ojciec. To jest tata, tatuś, TATUSIEK! 

W razie, gdyby ktoś nie wiedział. No.

(Swoją drogą, dobrze, że nie powiedziała na przykład: stary zjeżdża na kwadrat, co nie? 😉 )

Na Seszele wpadłam

Jako że mam się relaksować, a nie wkurzać, denerwować, stresować (Misiek, uspokój się – tekstem roku), wybraliśmy się przed południem całą naszą hippisowską rodziną w plenerek.

Najpierw pojechaliśmy do zoo. Było bardzo przyjemnie. Co drugi wybieg kipiał dzikim seksem.

Młody żywo się zainteresował: Mamusiu, a co te zwierzątka robią?
Siostra, twarz blacha: Bawią się, synu.

Taaa…

Po napatrzeniu się na zwierzęcego pornola live, pojechaliśmy do rezydencji.
Emenemsy nabyli drogą kupna carringtonka z zamiauwistym ogrodem, pełnym starych drzew, zapuszczonym na maksa – prze-cu-dow-nym.
Do domu na razie nie ma co wchodzić – tłucze się tam pięciu majstrów, zagrzewających się wzajemnie do walki (Stachu! Weź mi tu piii tym piii młotem, bo mi ta decha się nie chce piii!). Dziś akurat panowie owym młotem walili w podłogę.

Paweł z Piotrem podążyli posłużyć panom z pomocą, a my z siostrą rozwaliłyśmy się na leżaczkach i rąbałyśmy sałatkę ze szpinakiem i parmezanem (bdb).

Dziś jest tak nieprawdopodobnie ciepło, że czułam się, jakbym była na Seszelach. Nie wiem tylko, czemu na tych Seszelach wszystko jest pokryte warstwą kurzu i czemu wszyscy tubylcy trudnią się pracami remontowymi. Może to taki mikroregion?…

Sercowo

Wiecie, że miałam zawał?

Normalnie zrobili mi dziś ekg, echo serca oraz badanie wysiłkowe. Mam wyraźnistą bliznę na sercu.

– Pani miała zawał serca.
– Kiedy, na litość boską? Mam prawo nie pamiętać?
Poważny ton, poważna mina: Ma pani prawo. O tu… Jest blizna, widzi pani?… Sprzed jakichś paru miesięcy… Taka młoda… Jezu…

No halo! Przecież ja mam takie bezstresowe życie! Halo!  
I taka młoda jestem, tak? 

Mam się oszczędzać.

Ha! Piszę testament. Komu koty moje ukochane?…

Zawał serca?
Ja?!
No halo? 

Miauwa… 

Wszak godzina trzecia porą obiadową, ne spa?

Nie mogę spać. 
Nie chce mi się. 
W moim przypadku oznacza to, że jestem umierająca. Bo ja kocham spać. Spanie stanowi sens mojego życia. Gdyby za spanie płacili, już dawno byłabym milionerką. 

A ostatnio, miauwa, nie chce mi się no.
Do drugiej w nocy wymyślałam sobie zajęcia. W telewizji jedna wielka odmóżdżająca paćka, zatem: poczytałam książkę, rozwaliłam parę joleczek, postawiłam pasjansa…
Senność uparcie nie przychodziła, więc postanowiłam umyć podłogę.

Koty, które zazwyczaj na widok mopa dostają zbiorowego zeza i czkawki z podniecenia, usiadły w rządku i przez jakiś kwadrans wodziły wzrokiem za rzeczonym mopem, ze wszystkich sił usiłując zapanować nad opadającymi powiekami i nie runąć facjatami na podłogę. Po wspomnianym kwadransie zasnęły tam, gdzie siedziały… Po prostu rozjechały im się łapy.

Obudził się za to Piotr, stanął w drzwiach i ostrożnie zagaił: Tunia, a co ty w zasadzie robisz?…

Spojrzałam bardzo złym wzrokiem.

– Ok, nie było pytania – skwitował krótko i otworzył lodówkę. – Zjadłbym coś. Co my tu mamy…
– Ja w sumie też. Mamy ziemniaki i…
– Dobra. To ja obiorę ziemniaki. A ty może podgrzej patelnię?… Walniemy se jaja sadzone.

Kilka obierek i skorupek później…

Rzuciłam beztrosko: Budź Pawła. Może też będzie miał ochotę.
Nie trzeba było drugi raz powtarzać. Usłyszałam Piotrkowe: Wstawaj, brat! Trzecia jest. Obiad prześpisz.

Rozbudzony Paweł w pierwszym momencie zerknął na zegarek i nawet dziarsko się poderwał. Następnie pechowo spojrzał w okno, zza którego wyłaniała się ciemność głębokiej nocy.

– Czy was, miauwa, po-pier-do-li-ło?!

Paweł coś nerwowy ostatnio.
Hm…
Pewnie dlatego, że mają remont.
Ale może się mylę…
😉