Ekhm…

Dziś rano dzwoni moja czadowa mama:

– Wiesz, nasz czarny kotas ma coś przy jądrach. Znaczy przy miejscu, gdzie były jądra. Jakiś bąbel…
– Duże to?…
– Nie. Takie, wiesz… Wygląda, jak po odpadnięciu kleszcza. Ale sama nie wiem…
– Przesuwa się ze skórą? Czy trzyma się mięśni? Miękkie?… Twarde?…
– Obejrzeliśmy z ojcem. Przesuwa się. Miękkie…
– Na razie bym się nie przejmowała. Kaszak, tłuszczak może… Obserwujcie, czy się nie powiększa, czy nie zmienia koloru i czy nie robi się ciepłe.
– Ok.

Dziś popołudniu dzwoni ponownie moja czadowa mama:

– Dziecko, założyliśmy okulary i obejrzeliśmy to dokładnie, Ekhm… To jest siusiak.

Zaplułam telefon, padłam i tak będę leżeć!

(Dobrze, że nie pojechali z kotem na sygnale do lecznicy… Stała ksywa murowana: Doktorze, państwo Penis w poczekalni!
😀 )

Miauwaaa!

Klecę pozew.
I zaraz mnie, miauwa, szlag jasny trafi…

Rozglądam się za maczetą w wiadomym celu…

Gdybym nie odzywała się przez parę dni, przyjaciele wywęszą woń moich zwłok (mam nadzieję).

 

(Pragnę zostać skremowana, Kochani.)

 

#%&**%%^%^

Król mórz, czyli facet z widelcem

Do naszego aresztu trafił dżentelmen, który w trakcie suto nakrapianego spotkania ukatrupił sąsiada widłami.

Współosadzeni nadali mu dumną ksywę: POSEJDON.

Fenkju. Gut najt.

(Ja wiem, że straszna zbrodnia i w ogóle… 
Ale ciągły chichot mnie męczy.
Nic na to nie poradzę.

Będę się smażyć w piekle. 😉 )

Pracowita środa…

Napierniczam se dziś w robocie w bingo na FB… a wtem! Dzwoni do mnie informatyk: Tunia, zapauzuj tę gierkę, bo chcę Ci aktualizacje wgrać, a nie chcę przerywać w tak emocjonującym momencie. 

 

(Następnym razem przełączę się na jakąś porno web, żeby facet jakąś przyjemność miał ze swojej roboty. Należy mu się za takie wyczucie taktu. 😉 )

Ommmmm…

Do tej pory nie przypuszczałam nawet, że w moim domu może znajdować się jakikolwiek sprzęt zagrażający bezpieczeństwu sierściuchów.
Do tej pory… Nie doceniłam bowiem możliwości Flora.
Dla tego kota zagrożeniem może być nawet prosta ściana, proszę Państwa. Tak.

Ostatnio Florian postanowił zaistnieć na kaloryferze. Jest to jedyny kaloryfer w mieszkaniu, który nie został umiejscowiony bezpośrednio pod parapetem, więc – zdaniem Floriana – aż się prosił, żeby na nim zaistnieć. I to dość spektakularnie…

Dwukrotnie odwracałam się, żeby go stamtąd pogonić, wiedziona jakimś niesprecyzowanym przeczuciem, nie do końca dobrym.

(Aby do Flora przekaz dotarł, muszę z nim nawiązywać kontakt wzrokowy. Słuch mu niepotrzebny – wystarczy, że obdarzę go bardzo złym wzrokiem i on – cwaniak jeden – już wie. Ale ma mnie wiecie w którym miejscu ciała…)

Za trzecim razem rzuciłam: A siedź se! Doigrasz się…

Wtem!…

Koci wrzask zza pleców kota obdzieranego żywcem ze skóry prawie zatrzymał mi serce i zrzucił z krzesła. Odwróciłam się błyskawicznie. A tam… Flor miota się na kaloryferze z zaklinowaną w metalowej kratce łapą.

Dopadam idiotę, łapię oburącz pod pachami i, starając się zachować zimną krew, próbuję go wyswobodzić. Koci krzyk przybiera na sile, reszta stada w przerażeniu czyni rozpierzch na wszystkie strony, a połowa dzielnicy wykręca numer do OTOZ-u. (Bowiem Flor płuca ma mocne.)
Kocisko masakruje mnie na oślep – wszystkimi trzema paszczami i dziesięcioma uzbrojonymi łapami. Krew sika na wszystkie strony (moja). Poziom adrenaliny mam taki, że nie czuję bólu. Chwytam go jedną ręką za brodę i, nawiązując z nim po raz kolejny kontakt wzrokowy, cedzę przez zęby: Zaraz złamiesz sobie łapę, kretynie. Damy radę. Tylko się uspokój, kocie. Ogarnij się. Bądź mężczyzną! Ja wiem, że nie posiadając jajek, masz teraz wymówkę, ale błagam, postaraj się. Bądź mężczyzną!

I wiecie co? On zrozumiał. 
Rozluźnił się nieco, dzięki czemu wyciągnęłam nieszczęsną łapę z kratki.

Czmychnął do kuchni. Ja za nim.
Za kocią łapą ciągnęła się krwawa smuga, kot właściwy też cały w krwawych plamach…
(Takie plamy na białym futrze prezentują się wyjątkowo makabrycznie.)
Dopadłam gnojka…

Łapa cała. Żadnych złamań. Poza zmiażdżonym pazurem, co – przyznaję – musiało boleć.
Flor doprowadził futro do porządku w jakieś pół godziny i znowu jest śnieżnobiały. Leży se wyluzowany i bezczelnie mruczy, bardzo zadowolony z siebie, miauwa.
A ja se siedzę, krwawi mi moje wszystko i chyba mam zawał.

(Można mieć zawał na siedząco? Bo tego akurat mnie nie uczyli. Albo akurat opuściłam zajęcia…)

Mam stalkerkę

Taką własną, prywatną.
Od kilku lat w sumie, ale ostatnio uaktywniła się ponad miarę.

I dopiero teraz – dzięki namowom Asi – postanowiłam coś z tym zrobić.
Bo dopiero od niedawna wiem, że jest to przestępstwo, za które Kodeks Karny przewiduje karę bezwzględnego więzienia do lat 3.

Nie życzę tej osobie więzienia. 
W sumie nie życzę jej źle.
Osoba ta ma po prostu jakąś chorą obsesję na moim punkcie i chcę się jedynie od osoby tej uwolnić.
Jestem zmęczona.

Mam nadzieję, że widmo grożącej jej kary realnej odsiadki zrobi swoje.
I w końcu odpocznę.

(Rozwinę ten problem przy innej okazji. Aktualnie jestem zbyt znużona tematem.)

Tymczasem pewnego poranka…

Dzwoni budzik…
Wyłączam.
Dzwoni znowu…
Wyłączam.
Dzwoni ponownie…
Wyłączam.

Wtem…
Czuję lekki ucisk na klatce piersiowej.

Myślę sobie: Znowu Rudolfin przyszedł się przytulić i oparł głowę tuż pod moją brodą, z nadzieją, że otworzę zaspane oko, zobaczę błagalno-maniakalny wzrok Rudolfowy i postanowię nie iść dziś do roboty.

Otwieram zatem zaspane oko… i natychmiast otwieram drugie, dla pewności, że mi się nie śni.

Otóż leży na mnie całym swoim jestestwem Ósemka, w pozycji na kokochę, wpatruje mi się prosto w oczy, a jej wzrok wyraża ni mniej, ni więcej:
Przespałaś już drugą drzemkę. Ale ja jestem cierpliwa. Może po trzeciej raczysz mnie w końcu wysmyrać, kobieto!

Jakieś pytania, tudzież wnioski?…

(Z wrażenia poświęciłam kolejne trzy drzemki – na smyranie – i w efekcie spóźniłam się do roboty. 
Ale każdy ma jakieś priorytety na tym łez padole, ne spa?… 😉 )

Chyba mam nową ksywkę w lecznicy…

Rudolf od jakiegoś czasu dostaje suplement wspomagający pracę nerek.
Lek nazywa się nefrokrill i należy go regularnie podawać.

Dziś rano zużyłam ostatnią kapsułkę, zatem popędziłam do mojej lecznicy i od progu oznajmiłam dramatycznie zdumionemu towarzystwu: Skończył mi się NEKROFIL!

Kurtyna!

(Od ogólnego rechotu mało szyb nie wywaliło. Podobno do tej pory kwiczą.)