– Mamo, masz jakieś zaskórniaki?
– No coś tam z ojcem mamy… A czemu pytasz?
– A nie pożyczylibyście mi na kupno działki? Mogłabym już zacząć te wszystkie pierdoły… Adaptację projektu, podprowadzenie przyłączy, pozwolenie na budowę… Oddam, jak sprzedam mieszkanie.
– Poczekaj, zapytam ojca… (…) Ok, kiwa łbem.
No dobra. Jedyny problem, jaki mi pozostaje, to koty…
(Nikt nie wynajmnie mieszkania ludziom z szóstką kotów. Never.)
Opcja nr 1 (najlepsza):
Sprzedaję mieszkanie ludziom zainteresowanym zakupem go pod inwestycję. Zatem umawiam się na najem na kilka miesięcy i za niego płacę, rzecz jasna.
(Minusy: zero).
Opcja nr 2:
Koleżanka zaproponowała mi wynajęcie swojego niedużego mieszkanka, przeznaczonego docelowo na sprzedaż. Szkopuł w tym, że gdy ja już będę w alercie, do tej pory może się już znaleźć kupiec.
(Minusy: stresik Ósemki i oczekiwanie na kolejny – do przeżycia raczej.)
Opcja nr 3:
Rozlokowanie czasowo kotów po dobrych kociolubnych znajomych.
(Minusy: trauma kotów super hiper total – szczególnie dla mco.)
Opcja nr 4:
Zamieszkanie w stanie surowym z oknami i drzwiami. Wiem, że szaleństwo, ale już to przechodziłam.
(Minusy: któryś z niefrasobliwych robotników niechcący wypuści koty pod nieobecność służby.)
Skończyły mi się pomysły… 😦