W domu tzw. rodzinnym mam FOCHA.
A w środę pogrzeb.
Ktoś mnie przebije?…
W domu tzw. rodzinnym mam FOCHA.
A w środę pogrzeb.
Ktoś mnie przebije?…
– Paweł!…
– Czego chcesz?!
– Jak ty się zwracasz do brata swego jedynego? Trochę szacunku!…
– O, przepraszam. Już się poprawiam… Zatem czego wielmożny jaśniepan sobie życzy?
– A to już sarkazm.
– No niemożliwe. Po czym wnosisz?
Uwielbiam. 🙂
Dzwoni moja siostra…
– Kurde, zapomniałam o podatku od wynajmu. Na śmierć! Rok nie płaciłam, kumasz, jaka jestem durna pipa? Boże, wezwanie dostałam! Zamkną mnie do więzienia! Siostra, ratuj! Muszę w tym miesiącu wpłacić im tysiaka i nie mam! Ty pracujesz w budżetówce… Mogłabyś wziąć pożyczkę?… Ja cię sukcesywnie będę spłacać. Mogłabyś?…
– Hm… Młoda… Ja już mam pożyczke zaciągniętą i w socjalu, i w kasie pracowniczej… Cholercia, no… Więcej się nie da… Kurde… Może do rodziców zadzwoń?… Chociaż nie, zmartwią się… Czekaj…
– Nie, do rodziców nie. Nie ma opcji. Ostatnio myślałam o teściowej, była u mnie… Ale jakoś przez gardło mi nie przeszło… Jezu, siostra, nie wiem, co robić…
– Daj mi chwilę czasu. To kasa jeno. Kasę zawsze można zorganizować… Zadzwonię do Pawła, ok?
– NIE! Od Pawła już tyle razy pożyczałam, głupio mi. Ani się waż! Proszę! Nie od Pawła!
– Ale co za problem?…
– Nie i już. Obiecaj mi!
Pomyślałam, przeanalizowałam i wymyśliłam…
– Piotruś, masz jakiś luźny tysiączek?… Nie mów nic Pawłowi, proszę, jeśli odmówisz, zrozumiem…
Chmurna Piotrkowa mina załączona, proces myślowy mode:on…
– Bo wiesz, potrzebuję dla…
– Nie interesuje mnie, na co potrzebujesz. Po prostu zastanawiam się… Czy wolisz przelew czy gotówkę?
No ja miaukolę… 🙂
– Siostra, przesyłam ci tysiaka na konto. Spłać skarbówkę jak najszybciej. Bo jakoś nie widzę się w roli niańki dla twoich bachorów, jak pójdziesz siedzieć.
– Jezu, ratujesz mi życie! Skąd masz? Na pewno nie pożyczyłaś od Pawła?
– Spoko, dopożyczyłam w pracy, zadowolona?
– Ryczę…
Jeśli będę się smażyć w piekle, poproszę ewentualnych świadków o zeznania w sprawie…
😉
Nie miałam pojęcia, że tak ciężko jest nabyć formalinę. Znaczy można oczywiście zakupić na allegro, ale nie, kiedy akurat czas goni…
Jądra Stefana już są bezpieczne – ostatnie zapasy dostałam od mojej wet.
Pozostał jeszcze preparacik nieco większego kalibru…
W hurtowni poinformowano mnie, że muszę mieć upoważnienie ze szkoły, tylko wówczas zamówią mi potrzebne chemikalia i wystawią fakturę na uczelnię. No żesz fak…
– Formalina to bardzo niebezpieczny środek – usłyszałam. – Nie wiemy, czy nie ma pani zamiaru pozbycia się męża, kochanka, szwagra…
(Cóż, ostatnia opcja zabrzmiała kusząco, nie powiem…)
– Ile potrzebujesz? Załatwię ci – Jana jak zawsze niezawodna.
– No nie wiem… Jakiś litr?…
– Chryste! Co ty tam masz? Łeb mamuta?
– Jądra ogiera. Patka poszła za ciosem. Wiesz, dzień kobiet był…
– Ok, mówisz, masz.
Nabiał zabezpieczony, mogłam spocząć na laurach…
– Misiek, możesz mi wyjaśnić, dlaczego trzymasz TE preparaty na szafce nocnej? – Zagaił wczoraj Paweł ostrożnie.
Odpowiedziałam słodko: Potraktuj to jako ostrzeżenie, kochanie…
😉
Przez Kuzco.
Sierściuch napędził mi takiego stracha, że jeszcze oko mi lata…
Zdziwiłam się, że nie przyszedł w nocy do łóżka. To do rozpieszczonego pościelucha niepodobne…
Rozpoczęłam poszukiwania.
Znalazłam go „rozlanego” na fotelu, z błędnym wzrokiem. Dotknęłam uszu – piec.
Matko święta…
Podniosłam czarnucha – lał mi się przez ręce i pachniał… Dziwnie pachniał. Pachniał cierpiącym kotem z mega gorączką.
Wiem, że to trudno wytłumaczyć i opisać, ale myślę, że kto ma kota, ten wie, o czym mówię…
Dokładnie tak pachniał Majkel przez te kilka dni przed śmiercią…
Zatem wkręciłam sobie FIP, ze łzami w oczach władowałam kota pod kołdrę, przytuliłam i tak sobie leżeliśmy… Był jak szmatka – mogłam z nim zrobić wszystko – założyć sukienusię, baletki i zapleść warkoczyki – kota nic nie ruszało.
Przez kilka godzin, pozostając na stendbaju, sprawdzałam, czy oddycha…
Około siódmej rano nieśmialo zamruczał.
Sprawdziłam uszy – temperatura spadła.
O ósmej panicz odpalił traktor i poszedł nonszalancko rzucić pawia.
Jaśnie pan się po prostu ostro zakłaczył i przytkał, a ja – miauwa jego mać – będę przez to żyła o parę lat krócej.
Tulić! Ale już!
Wyczułam dziś u niego guzka.
Na grzbiecie, zaraz za łopatkami.
Spanikowałam maksymalnie.
Obdzwoniłam wszystkich przyjaciół i znajomych, którzy są weterynarzami albo mają jakiekolwiek doświadczenie.
Skupiłam się na powtarzającej się, pozytywnej diagnozie, iż to najprawdopodobniej efekt wpompowywania przeze mnie zastrzyków w kota – dokładnie w tym obszarze. Jeśli tak jest – stopniowo zniknie.
Mam nie panikować i obserwować.
Trzymajcie kciuki, proszę, bo cokolwiek stanie się TEMU sierściuchowi, to wlepi mnie w glebę i zabije. Jeśli nie fizycznie, to na pewno emocjonalnie.
Miauwa…
😦
Odnoszę.
Znaczy wrażenie odnoszę takie.
Wrażenie, że ostatnio otaczają mnie same głąby…
– Tępomłoty – poprawia mnie Patka. – To są tępomłoty, nie głąby, moja droga.
(Aż mi się nie chce opowiadać, bo znowu opadnie mi moje wszystko.)
Zaś do pozytywnych zjawisk, mających ostatnio miejsce w moim życiu, muszę bezapelacyjnie zaliczyć fakt, iż w robocie dostałam awans i podwyżkę. Jednocześnie zasiliłam grono świętych-krów-nie-do ruszenia, zatem mogę rumakować do woli.
Znaczy, podstawą do zwolnienia mojej skromnej osoby z pracy, może być aktualnie jedynie wylanie na nasze szlachetne biurowe wykładziny kilkunastu litrów paliwa, a następnie zjaranie całego budynku – do samych fundamentów (bo gdyby coś jednak ocalało, prawdopodobnie otrzymałabym delikatne upomnienie i skierowanie na ponowne szkolenie z zasad bhp i p.poż.)
Gratulować MIĘ tu.
Ale już!
😉
Uruchomiłam go dziś – niebieskiego pioruna, krążownika szos, postrach dzielnicy (dosłownie, ale o tym zaraz), mój rowerek znaczy. Z Janą inaugurowałyśmy sezon na jednoślady.
Bilans zysków i strat:
Nieco zdruzgotana, w ramach focha, pojechałam do okolicznej Biedronki autem.
Taki ze mnie buntownik.
(Jutro będzie lepiej. 😉 )
Rozpoczynamy długo wyczekany sezon rowerowy.
Czas zabrać się za zimowe sadło, bo coś w ulubione portki nie włażę…
Kto ze mną? 😉
W szafce pod wyspą kuchenną znajdują się worki. Worki odpowiednio: z proszkiem do prania, ze żwirkiem do kocich kuwet, z karmą dla kociastych.
Dziś Piotr postanowił pomóc w czynnościach domowych i zdecydował się na karkołomny wyczyn: wstawienie prania.
Był tak nieziemsko dumny z siebie, że mnie aż – dzięki Wielkiemu Serwerowi – tknęło. Zanim Piotr wcisnął magiczny przycisk WŁĄCZ, postanowiłam sprawdzić mistrza.
Gdyby mnie nie tknęło, miałabym gacie fantazyjnie oblepione ugotowanym betonitem.
Uroczo, ne spa?
Wracam niniejszym do moich zwierzęcych chorób zakaźnych, żeby nie zwariować…