Nie chce mi się

Nie chce mi się pracować za te psie pieniądze.

A może gdybym zrobiła coś strasznego, to by mnie wyrzucili z pracy?

A może gdybym powiedziała szefowej, że to wszystko pieprzę, to by mnie zwolnili??

No nie chce mi się, poważnie.
Strasznie mi się nie chce.

A może gdybym zaczęła udawać, że jestem psychicznie chora (udawać?!)? Może wtedy???

Ma tu ktoś garba, tudzież znajomości? Mówimy o Trójmieście i okolicznych mieścinach. Wesprzyjcie mnie psychicznie, a znajomego dyrektora/prezesa/biznesmena przekonajcie, że potrzebuje pracownika. Jestem dobry człowiek – dyspozycyjny i obowiązkowy. Generalnie całkiem fajna jestem. To jak?…

(To poważny list motywacyjny. Jestem w desperacji.)

Dobra.
Idę coś zjeść.

Może dzięki temu coś się zmieni w moim życiu. 

Koci czilałt

Paweł odkrył u Majkela punkt G. Serio serio. Otóż kocur uwielbia miętolenie uszu. Technika jest prosta: chwyta się płatek kociego ucha kciukiem i palcem wskazującym, a następnie przechodzi się do miętolenia. Kocur wpada w ekstazę i mało się nie zapowietrzy ze szczęścia.

Siadamy sobie teraz z Pawłem na kanapie przed tivi, między sobą instalujemy Majkela i miętolimy – każde z nas ma po jednym uchu do dyspozycji. Miki wywala brzuchola i jest najbardziej zadowolonym kotem na świecie.

(Młoda twierdzi, że brakuje nam jeno kocyka w szkocką kratę, bamboszy z pomponami i robótek szydełkowych.)

Poniedziałek bdb.

Bo dywanik znalazłam…

W kącie tarasu stoi karton z najróżniejszymi pierdółkami, o którym na śmierć zapomniałam. Aktualnie sobie przypomniałam i wyciągnęłam z niego uroczy arabski dywanik. Jako że rzeczony dywanik w kartonie spędził jakieś dwa lata, postanowiłam go wyprać. Szurnęłam go koło wanny i uprzedziłam siostrę, chłopaków oraz dwuletniego siostrzeńca, żeby szmaty nie ruszać, że osobiście ogarnę temat, gdy tylko wymyślę strategię (dywanik okrutnie farbuje, dlatego należało podejść do sprawy z głową).

Niestety, do niektórych słowo mówione nie dociera. Niektórzy często też nie uznają słowa pisanego. Ba! Niektórym trzeba rysować. Z niektórymi to czasem wręcz trzeba jak z psami – wytresować. Tak właśnie.

Otóż emenemsy sp. z n. n. postanowili pozgrywać rycerzy i paniusię wyręczyć. Paniusia zdążyła tylko wystawić nogę za próg, dosłownie na godzinę. W przeciągu tej zaledwie godziny w mojej łazience rozegrał się dramat.

Rozpaczliwie gubiąc się w zeznaniach, zrelacjonowano mi przebieg masakry. Otóż nasi bohaterowie wrzucili dywanik do wanny i – po jego zamoczeniu – zorientowali się, iż tenże puszcza wściekle czerwoną farbę. Zatem Paweł uniósł go nad wanną, Piotrek złapał za słuchawkę prysznica, żeby szmatę opłukać, Paweł odkręcił wodę zbyt mocno, ciśnienie wody omal nie zabiło Piotrka – słuchawka wyślizgnęła mu się z ręki i… łazienka chwilowo wygląda, jakby tam kogoś zaszlachtowano. Normalnie Czerwona Oberża.

Kropkę nad i stanowi Rudolfin, który musi być koniecznie obecny przy każdej akcji, jaka ma miejsce w domostwie. Rudolfa nic nie może ominąć, w żadnym wypadku. Przy nieudolnej próbie prania dywanika również postanowił zaistnieć, a jak! I mam teraz rudego kota w różowe ciapki – owoc mezaliansu pomiędzy dywanikiem a mco. Voila.

Czy jestem zła? (Misiek, uspokój się. Taaa.) Czy mam ochotę lecieć na Madagaskar z prośbą o azyl? Czy ktoś mógłby mnie zabrać z tego domu wariatów i adoptować, żebym do reszty nie sfiksowała? (Zajmuję mało miejsca, niewiele jem i generalnie jestem niedroga w utrzymaniu. Proooszę.)

Moja siostra leży i wyje ze śmiechu. Myślę, że to może być wstrząs pourazowy.

Zatem wychodzę do Biedronki – po czekoladę dla małego. I dla siebie. (En-dor-fi-ny!)
Oraz po piwo dla siostry. I dla siebie. (Pro-mi-le!)
I koniecznie po coś dla nieustraszonych pogromców tekstyliów…
Pedigree Pal, miauwa mać.

Leniwie

Mój układ oddechowy odmówił współpracy. Zatem cały piątek byczyłam się nieprzyzwoicie na L4. Wyspałam się, więc od razu odnotowałam zwyżkę nastroju.

(Btw powinnam chyba napisać książkę. „Od refleksyjnej introwertyczki do galopującej furii w tydzień. Poradnik. Teoria + ćwiczenia w grupach.” Tak, moi mili.)

Przy okazji załatwiłam kuriera. Znaczy nie tak na amen, nie. Chłopina żyje i ma się dobrze – przywiózł kocie chrupy. Zmieniłam kudłatej społeczności karmę. Jak się hołota rzuciła, to myślałam, że wpierniczą razem z miskami. Znaczy pasuje. Sierście zaspokojone spożywczo.
Szczególnie to chuchro Majkel – wystarczy, że spojrzę w jego kierunku, a z marszu odpala diesla. Prezes nażarł się i padł jak Pluto, dziewczyny dały sobie po razie z liścia i też padły, a Rudolf przechadza się po domu w miną: Jestem pięknym kotem. Jestem boskim rudym kocurem. Wręcz ociekam zajebistością.

Lubimy takie długie łikendy. 🙂

Bywa i tak…

Chyba była pełnia, bo mnie dopadło. Takiego konga w domu nie zrobiłam dawno. W zasadzie nie wiem, czemu nie rzucałam talerzami… I nie tupałam nóżkami… Chociaż ścianę w sypialni, w której się zabarykadowałam, skopałam niewąsko. Mam tam teraz ślad od trampka, który trzeba będzie zamalować. I rwie mnie w kostce.

Paweł chodził za mną po całym mieszkaniu, przedzierał sie przez barykady i mnie pacyfikował.
Błąd.
Fatalny błąd taktyczny.
Nie można mówić do kobiety w furii: Misiek, uspokój się.
Natomiast:  Misiek, uspokój się, plus: Tobie nie wolno sie denerwować, jest już igraniem z życiem.

Jak już napisałam – przeczekajmy to.

Jesiennie chyba

Nie mam energii. Nic. Zero. Nul.

Z łóżka dziś wstałam na czworakach, a prysznic brałam na siedząco.

Na ulicy ujrzałam dziewczę w poszarpanych spodenkach dżinsowych, klapkach japonkach i bluzce na ramiączkach. Zrobiło mi się zimno.

Nie mogę spać. Wmauwia mnie to jak cholera.

Zastanawiam się nad zlikwidowaniem bloga.

Tyle. 

Poker

W poprzednim wcieleniu na pewno byłam chomikiem. Mam denerwujący zwyczaj upychania po kątach różnych śmieci, które jeszcze-się-mogą-przydać. Od czasu do czasu muszę więc robić remanent w szafkach i organizować segregację gadżetów najróżniejszych – co do śmieci, a co jeszcze-się-może-przydać. 

Przy okazji znalazłam talię kart.

– Pokerek? – zaproponowałam towarzystwu.
– Z wami? Przecież kobiety nie potrafią grać w pokera! – odparował Piotr.

No żesz miauwa… Ta zniewaga krwi wymaga!

– Rozbierany! – zadecydowała moja siostra stanowczo.
– To zmienia postać rzeczy. Takie wyzwanie przyjmuję – Piotruś uśmiechnął się przebiegle.

Kilkanaście partyjek później rzeczywistość zastała mnie i młodą w komplecie odzieży wierzchniej, panów zaś w samych jeno bokserkach. 🙂

I kto jest mistrzem? No?? No???

Resztki męskiego honoru uratował dzwonek do drzwi, na dźwięk którego Paweł, bardziej niż ochoczo, poderwał się otworzyć. Borys, stojący w progu, zlustrował Pawła z góry na dół, z dołu do góry i ponownie z góry na dół. Uśmiechnął się szeroko i zatarł ręce: Ale fajnie trafiłem! Orgietka?…

Czy ktoś jeszcze ma ochotę na małe rozdanko z kobietami, które nie potrafią grać w pokera?… ;)

Impreza rodzinna

Obie z młodą uwielbiamy… Wręcz pałamy entuzjazmem… Szczególną estymą darzymy ciotki dewotki… I – jak znam życie – ponownie spuszczę z łańcucha mój niewyparzony jęzor…

– Marta, ty naprawdę popierasz in vitro?
– Oczywiście, ciociu.
– W takim razie popierasz mordowanie tych biednych nienarodzonych dzieciątek!
– Jakich dzieciątek, ciociu! To zapłodnione komórki. Zygoty. Do dzieciątek to im jeszcze hoho…
– Że też Bóg na to pozwala…
– Jeśli współczesna medycyna ma takie możliwości, to jakoś pozwolił.
– Dziecko, pamiętaj, że jeszcze jest szatan!
– Eee no… Jeśli to pomysł szatana, to z niego calkiem łebski gość!

(Cioci trzeba było podać tlen.)

Tymczasem jedna z cioć organizuje urodziny swojego małżonka. Jest siostrą mojej matki, więc trzeba pomóc…

– Martuniu, odebrałabyś na Jasieniu torcik, co? (Torcik wielkości Pałacu Kultury. Spoko.)

– W Oliwie zamówiłam pieczoną karkówkę. Podjedziesz, dziecko, po drodze? (Karkówka o rozmiarach przerośniętego wołu. Luzik.)

– A zahaczyłabyś o nasz dom? Zabrałabyś kilka składanych krzesełek. Żeby nie zabrakło… (Komplet krzeseł made for IKEA osobówką. Taaa…)

– Zabierzesz po drodze moją chrześnicę? Ona podejdzie do cukierni, żebyś nie krążyła. (Nie no, luz. Rozwydrzone dwunastolatki to jest to, co niutaxy lubią najbardziej.)

Nie sądziłam, że tak się stoczę, ale nie mam wyjścia. Jadę Chrupkiem. Grat ma problem z tłumikiem, cały się trzęsie, klekocze, opornie wchodzi w nim dwójka, ale jest pojemny. Trudno.

Otrzymałam instrukcje: Tylko w nim nie przeklinaj i nie nazywaj go gruchotem. Chrupuś tego nie lubi. Jest wrażliwy…

Miauwa!

Założę okulary ala Jackie Kennedy i jakoś przetrwam. A jeśli ktoś ze znajomych zauważy mnie dziś na drodze za kierownicą tego rzęcha, udam, że to nie ja. I tej wersji będę się trzymać.

Udający się na śmierć pozdrawiają cię, Cezarze…

Pucio pucio

Szwagier wyjechał do Norwegii, zatem młoda ponownie ochoczo ze mną pomieszkuje. Pomieszkuje też u mnie syn młodej, jako że nie ma wyjścia. Pomieszkuje tu też pięć kotów mco, jako że ja nie mam wyjścia. Pomieszkują też chwilowo emenemsy – zgodnie z zapowiedzią – albowiem zakupili w okolicy zacną nieruchomość i są w trakcie wykańczania onej. (Niuch, niuch… Wyczuwam dobry przyszły DT dla czterołapnych… Jest potencjał… 😉 )

Kuwety są trzy, zatem kolejek nie ma. Kotom zazdroszczę, bo za to do łazienki rano… Zaprawdę zaprawdę powiadam Wam, co mnie nie zabije  to mnie wzmocni. Prawda stara jak świat.

Ogólnie jest ok. Pomijając pierdyliard szczoteczek do zębów w łazience i tony zdrowego żarcia (tfu!) w lodówce, temat jest generalnie ogarniany. Koty obrabiamy wspólnie. Młoda gotuje, Paweł zmywa, Piotr odkurza, ja dorzucam się do czynszu (sic!).

Są i inne pozytywy – Piotrek jest wychowywany. Przez moją siostrę. Dotychczas wracał z pracy, walił się ciężko na kanapę z okrzykiem: Kurwa! Jak wam opowiem, to nie uwierzycie!
Do pewnego momentu ja kontrowałam: Przystopuj swoje przecinki, tak? Dziecko mamy na stanie.
Teraz wystarczy siostrzane: O! Nasz Przecinek wrócił! Przypominam – dżunior in da hałs!
I standardowa Piotrkowa kurwa zostaje spacyfikowana w zarodku. 

Za to w weekendy… W weekendy, proszę Państwa, dżuniora kładziemy spać, a następnie tworzymy muzykę. I to jaką! Na dwie gitary (bliźniaki), klawisze (ja) i perkusję (młoda – garnki z nierdzewki plus bambusowe pałeczki do sushi).

Tekst naszego dzieła z poprzedniego weekendu:

Łzy na stole leżą,
Potargał je wiatr.
Och, okrutny jest ten świat…

Lalalala…

PUCIO PUCIO.

Łzy bez sensu
podeszły do kredensu.
A ucho tego nie słyszało… 

Lalalala…

Oł jeee…

O przedsprzedaży singla poinformuję ze stosownym wyprzedzeniem. Tak po znajomości. Jakby co.

Waniajetsa

Młoda przywiozła mi ser pleśniowy. Francuski, proszę Państwa. Ponoć bardzo dobry. Ale, miauwa, tak śmierdzący, ale to tak śmierdzący, że postanowiłam, iż ser mieszka na tarasie.

Woń zwabiła emenemsów, którzy to wypadli na taras i dalej wdychać… Zezwoliłam łaskawie na pokrojenie i konsumpcję, ale tylko na chwilę, bo akurat wybierałam się na balkon wieszać pranie.

Uprzedziłam lojalnie: Macie pięć minut. Zjedzcie, popijcie Domestosem i możemy gadać.

(Rudolfin tylko powąchał i prawie wykręciło mi kota na lewą stronę. To świadczy o rozmiarach dramatu, ne spa?)

Tymczasem mam inwentaryzację i PMS-a, w związku z czym padam na ryło. Zatem oddalam się z godnością i z zamiarem nawiązania bliższych relacji z pościelą. Uszanowanko.