Obie z młodą uwielbiamy… Wręcz pałamy entuzjazmem… Szczególną estymą darzymy ciotki dewotki… I – jak znam życie – ponownie spuszczę z łańcucha mój niewyparzony jęzor…
– Marta, ty naprawdę popierasz in vitro?
– Oczywiście, ciociu.
– W takim razie popierasz mordowanie tych biednych nienarodzonych dzieciątek!
– Jakich dzieciątek, ciociu! To zapłodnione komórki. Zygoty. Do dzieciątek to im jeszcze hoho…
– Że też Bóg na to pozwala…
– Jeśli współczesna medycyna ma takie możliwości, to jakoś pozwolił.
– Dziecko, pamiętaj, że jeszcze jest szatan!
– Eee no… Jeśli to pomysł szatana, to z niego calkiem łebski gość!
(Cioci trzeba było podać tlen.)
Tymczasem jedna z cioć organizuje urodziny swojego małżonka. Jest siostrą mojej matki, więc trzeba pomóc…
– Martuniu, odebrałabyś na Jasieniu torcik, co? (Torcik wielkości Pałacu Kultury. Spoko.)
– W Oliwie zamówiłam pieczoną karkówkę. Podjedziesz, dziecko, po drodze? (Karkówka o rozmiarach przerośniętego wołu. Luzik.)
– A zahaczyłabyś o nasz dom? Zabrałabyś kilka składanych krzesełek. Żeby nie zabrakło… (Komplet krzeseł made for IKEA osobówką. Taaa…)
– Zabierzesz po drodze moją chrześnicę? Ona podejdzie do cukierni, żebyś nie krążyła. (Nie no, luz. Rozwydrzone dwunastolatki to jest to, co niutaxy lubią najbardziej.)
Nie sądziłam, że tak się stoczę, ale nie mam wyjścia. Jadę Chrupkiem. Grat ma problem z tłumikiem, cały się trzęsie, klekocze, opornie wchodzi w nim dwójka, ale jest pojemny. Trudno.
Otrzymałam instrukcje: Tylko w nim nie przeklinaj i nie nazywaj go gruchotem. Chrupuś tego nie lubi. Jest wrażliwy…
Miauwa!
Założę okulary ala Jackie Kennedy i jakoś przetrwam. A jeśli ktoś ze znajomych zauważy mnie dziś na drodze za kierownicą tego rzęcha, udam, że to nie ja. I tej wersji będę się trzymać.
Udający się na śmierć pozdrawiają cię, Cezarze…