Mam koleżankę – Justynę. Justyna ma z kolei męża, małego synka, świeżo kupione od dewelopera mieszkanie i kredyt. Ot, przeciętna polska rodzina.
Mieszkają po sąsiedzku, dlatego też często się widujemy. Znaczy, ja z Justyną – męża osobiście nie poznałam i jakoś nie pałałam, bo uważałam go za palanta.
Justyna niejednokrotnie mi się na niego żaliła. Szczegóły sobie daruję – uważałam je za trywialne. Ot, facet był złośliwy, czepiający się o byle błahostkę, generalnie wiecznie na nie. Nawet czasem starałam się go trochę bronić, biorąc pod uwagę nie najłatwiejszy charakterek Justyny, męskie ambicje i podobne pierdoły. Jednak, gdy zachowanie małżonka Justyny z biegiem czasu stawało się coraz bardziej agresywne, i zauważyłam, że Justyna robi się coraz bardziej nerwowa i niechętnie wraca do domu, oświadczyłam jej, że pachnie mi to psychiczną przemocą domową i powinna coś z tym zrobić.
– Wytrzymam – odpowiadała ze smutnym uśmiechem. – Przejdzie mu.
Jednakowoż, gdzieś w głębi mózgu, lekko zapaliła mi się alarmowa żaróweczka…
I wczoraj Justyna pękła. W trakcie spokojnej rozmowy i moich prób nakłonienia jej do zrobienia porządku ze swoim życiem, rozpłakała się i opowiedziała ze szczegółami o tym, co przez tyle czasu udawało jej się ukryć.
On ją od paru miesięcy – poza dołowaniem psychicznym – bije i brutalnie gwałci. Skurwiel tłucze ją otwartą dłonią, żeby nie było śladów. Justyna co wieczór barykaduje się z dzieckiem w sypialni.
Żaróweczka w mojej głowie przepaliła się i pękła.
Powiedziałam jej, że musi złożyć doniesienie. Że musi porozmawiać z prawnikiem. Że musi zrobić cokolwiek, żeby można jej było pomóc.
Usłyszałam, że: nie da jej rozwodu, zabierze jej dziecko, każdy ją wyśmieje, jeśli powie, że gwałci ją mąż (Przecież mąż ma święte prawo do seksu, prawda? Zdanie żony w tej kwestii się nie liczy. Mąż ma potrzeby, tak?), nie stać jej na prawnika … i inne bzdety podobnego sortu. A na koniec: on mnie zabije.
I właśnie dlatego musi działać już. Zanim dojdzie do tragedii. Musi działać – dla siebie i dla dziecka.
Kwestia wynagrodzenia dla prawnika odpadło w przedbiegach. Piotr jest prawnikiem. Podobno dobrym. Nie wiem. Za to wiem, że jest dobrym człowiekiem. Wprowadziłam go w temat i czeka na jej telefon. Tyle mogłam pomóc. Teraz pora na jej ruch. To tylko wykręcenie numeru na klawiaturze. Tylko albo aż.
Jestem wstrząśnięta. I lekko zdołowana. Zastanowiłam się nad skalą problemu… Jak jest duża? Ile jest takich rodzin? Na świecie, w Polsce, w moim mieście, za ścianą?…
Na pierwszy rzut oka niczym nie wyróżniająca się rodzina, wykształceni ludzie, na poziomie, żadna patologia…
Ile niemych krzyków nie jesteśmy w stanie usłyszeć?…
Przeraża mnie to… :(