Jak?

Całą drogę z domu do pracy myślałam. Jechałam i myślałam.

Wyprzedził mnie autobus przegubowy i facio na rowerze.
Myślałam, myślałam i nic nie wymyśliłam.

Miałam chwilami wrażenie, że jestem już bliska puenty… Ale to wrażenie było tak ulotne, że już sama nie jestem pewna…

Nad czym tak myślałam?… Sama dokładnie nie wiem…

Jak zdefiniować miłość?…

Spoko

Opowiadałam o dwóch berneńczykach, tak? Cudniaste są. Franek i Zenek. (Proszę nic mi nie imputować – nie ja je ochrzciłam.)
Otóż Franek zaniemógł i trzeba było ratować jego życie i zdrowie. Wyskoczył mu mianowicie podejrzany pypeć, centralnie na siusiaku, natychmiastowo operacyjny – bo psa boli. No.

Zaczęło się niewinnie…
Telefon od Jany: Zawieziesz nas? Robert w pracy, a ja sama mogę sobie potem nie dać rady w półprzytomnym cielakiem po narkozie. HELP!

Spoko.

W lecznicy psisko dostało dwa zastrzyki, następnie wet zalecił krótki spacerek: Chwilę potrwa, zanim lek zadziała.

Spoko.

Udałyśmy się ze zwierzem w plenerek. Słoneczko świeciło, ptaszki śpiewały, pies żwawy i podejrzanie rześki, sielanka. Gdy już zaczęłyśmy się zastanawiać, czy wet aby nie zapodał zbyt małej dawki, Franciszek zaliczył nagły zjazd… Jakieś 500 metrów od lecznicy.
Chwila konsternacji… Żeby to był ratlerek, ciułała, spaniel chociaż… Trafiło jednak na berneńskie bydlę, w dodatku bezwładne, ze zwisającym jęzorem… Matko boska….
Ale don’t panic. Co dwie baby, to nie jedna – Jana chwyciła za kudłaty tyłek, ja za kudłaty kark i… w górę serca. Jakoś podniosłyśmy totalnie flusiowatego Franciszka z gleby i, stękając ciężko, zaczęłyśmy się wlec w kierunku lecznicy. Nie było lekko, proszę Państwa. Być może dlatego gdzieś w połowie drogi dostałyśmy obie histerycznego ataku śmiechu. Nie mogłyśmy się uspokoić nawet w gabinecie.

Spoko.

Mam tylko wyrzuty sumienia z powodu małej dziewczynki z warkoczykami i z hulajnogą, którą mijałyśmy. Jej przerażone oczy, wielkości pięciozłotówek, najprawdopodobniej na zawsze zachowały w głowie obraz dwóch rozchichotanych idiotek, wlekących zwłoki psa. Trauma do końca życia normalnie.

Tymczasem Franek już odzyskał pion.

Spoko.

Czas nabyć strzelbę…

Trochę mnie się zrobiło nostalgicznie. Odrobinę, jako że tydzień temu miałam urodziny i w związku z tym pozostało mi już niewiele życia… Bo – jak powiedział pewien pan – każda szanująca się kobieta powinna po czterdziestce się zastrzelić. Zdaje się, że ten pan nazywał się jakoś idiotycznie na trzy litery: YSL, na dodatek miał jakieś 60 lat i orientację seksualną zupełnie taką jak ja – znaczy ukierunkowaną na chłopców…

Póki co przeżyję jeszcze co najmniej jedną ostrą zimę. Nie chcę krakać, ale sierściuchy mi się ofutrzają na potęgę. Mam w domu pięć owiec. Gdy zaczną beczeć i żreć trawę – dam znać niezwłocznie.

Wznawiam transmisję

Byłam na prowincji. No i wróciłam. Nie wiem, czy jestem bardziej wypoczęta, czy bardziej wykończona – na pewno zresetowana. I o to wszak chodziło.

Generalnie to działo się. Poznałam koty rodziców i psy sąsiada – wszystkie zwierzaki zamiauwiste.
Koty – Rudy i Łobuz – rudzielce syjamskie: razem śpią, razem łobuzują, razem jedzą, razem polują. Zasadniczą różnicą jest fakt, że Rudy jest przylepą, przytulasem i maminsynkiem, a Łobuz na każdy odruch czułości reaguje autentycznym obrzydzeniem (co nie znaczy, że nie udało mi się go od czasu do czasu spacyfikować).
Psy – york i mieszanka bernardyna z czymś – o imionach odpowiednio… ekhm… Brutus i Pimpek. Yorka Brutusa jakoś przyswoiłam, natomiast 70-kilogramowe bydlę o imieniu Pimpuś do teraz wywołuje u mnie niezdrowy chichot. 🙂

Wspólnie z bliźniakami stworzyliśmy klub o wdzięcznej nazwie DUPA (Defaultowa Unia Psich Amatorów) i razem z trzema psami – Brutusem, Pimpkiem i Haną – uskutecznialiśmy kilkukilometrowe spacery, żeby spalić te tony żarcia, które wciskała w nas moja matka. Już pierwszego dnia, kiedy to Pimpuś w nagłym przypływie uczuć przewrócił mnie na stos obornika, zostaliśmy atrakcją wsi.

Poza tym w telegraficznym skrócie:

  • gra w karty to sport ekstremalny…
  • Borys zalicza zejścia każdorazowo o 22-giej, to jednak koniak pija wyłącznie o 5-tej rano…
  • jesteśmy bardzo towarzyscy – Robert z Janą już o tym wiedzą… Przekonali się, kiedy to o 2-giej w nocy wpakowaliśmy się im do namiotu i w ogóle nam nie przeszkadzało, że śpią…
  • aha, gwóźdź programu – jednym z poprzednich wcieleń Roberta był seler

Wracając zaliczyłam prędkość swojego życia – 300 kilometrów w 2,5 godziny. Jeszcze oko mi lata.

Tyle.

Jutro jeszcze jedna rundka do pracusi, a potem przystępuję do odpoczynku po odpoczynku.

Instrukcja survivalowa

Wraz z kolegą Robertem znaleźliśmy się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwym czasie. Doświadczyliśmy uderzenia tornada z błyskawicami i gradem wielkości kurzych jaj. Tak właśnie.

Gwoli wprowadzenia…
Emenemsy to faceci do rany przyłóż – przeuroczy, sympatyczni, oddani sobie wzajemnie i przyjaciołom. I zasadniczo zgodni. Aczkolwiek okazuje się, że nie zawsze…
Otóż zaistniała dziś między nimi drobna różnica zdań. Byłam świadkiem naocznym (i nausznym) ich spięcia pierwszy raz. I wystarczyło. I chyba nie chcę powtórki…

Dzięki temu nowemu ekscytującemu doświadczeniu, jesteśmy teraz z kolegą Robertem mądrzejsi. Dużo mądrzejsi. Stworzyliśmy zatem krótką instrukcję, która pomoże przeżyć każdej kolejnej niewinnej istocie, która niechcąco napatoczy się pod obstrzał.

Zasada nr 1: Gdy bliźniacy zaczynają się kłócić, należy natychmiast opuścić pomieszczenie. Najszybciej jak się da. Potulnie i bez słowa. W celu dodania sobie animuszu można beztrosko pogwizdywać pod nosem, żeby pokazać, że niczego się nie wyczuło i w nosie się ma ciężką atmosferę wnętrza. (Uwaga! Gwizdać nie należy ostentacyjnie.)

Zasada nr 2: (Priorytetowa w przypadku niemożności zastosowania zasady nr 1.) Nie należy wykonywać najmniejszych prób zminimalizowania konfliktu, wtrącać się, negocjować. To dramatycznie skróci palący się już lont i można oberwać rykoszetem. Boleśnie.

Zasada nr 3: (Najważniejsza i mogąca uratować życie.) Absolutnie, w żadnym wypadku, nie należy próbować bronić racji którejkolwiek ze stron. Spowoduje to nagły zwrot akcji – „broniony” stanie w obronie „atakowanego”, solidarnie zewrą szeregi i rzucą się „broniącemu” do gardła, a niedoszły pacyfikator skończy jako mokra plama na ścianie, którą będzie trzeba potem zdrapywać żyletką.

Z placu boju nadawała Wasza nieustraszona korespondentka wojenna – niutax.

Gorzkie żale

Czuję się, jakby przejechał po mnie czołg, za nim przemaszerował pułk kawalerii, a na końcu hufiec harcerski. W tę i nazad.

Jestem przeziębiona i przed urlopem. Nie mogę się doczekać.
Przede mną jeszcze tydzień harówy.

Współczuć, ale już!

(Fenkju.)

Tym razem nie na wesoło…

Mam koleżankę – Justynę. Justyna ma z kolei męża, małego synka, świeżo kupione od dewelopera mieszkanie i kredyt. Ot, przeciętna polska rodzina.
Mieszkają po sąsiedzku, dlatego też często się widujemy. Znaczy, ja z Justyną – męża osobiście nie poznałam i jakoś nie pałałam, bo uważałam go za palanta.

Justyna niejednokrotnie mi się na niego żaliła. Szczegóły sobie daruję – uważałam je za trywialne. Ot, facet był złośliwy, czepiający się o byle błahostkę, generalnie wiecznie na nie. Nawet czasem starałam się go trochę bronić, biorąc pod uwagę nie najłatwiejszy charakterek Justyny, męskie ambicje i podobne pierdoły. Jednak, gdy zachowanie małżonka Justyny z biegiem czasu stawało się coraz bardziej agresywne, i zauważyłam, że Justyna robi się coraz bardziej nerwowa i niechętnie wraca do domu, oświadczyłam jej, że pachnie mi to psychiczną przemocą domową i powinna coś z tym zrobić.

– Wytrzymam – odpowiadała ze smutnym uśmiechem. – Przejdzie mu.

Jednakowoż, gdzieś w głębi mózgu, lekko zapaliła mi się alarmowa żaróweczka…

I wczoraj Justyna pękła. W trakcie spokojnej rozmowy i moich prób nakłonienia jej do zrobienia porządku ze swoim życiem, rozpłakała się i opowiedziała ze szczegółami o tym, co przez tyle czasu udawało jej się ukryć.

On ją od paru miesięcy – poza dołowaniem psychicznym – bije i brutalnie gwałci. Skurwiel tłucze ją otwartą dłonią, żeby nie było śladów. Justyna co wieczór barykaduje się z dzieckiem w sypialni.

Żaróweczka w mojej głowie przepaliła się i pękła.

Powiedziałam jej, że musi złożyć doniesienie. Że musi porozmawiać z prawnikiem. Że musi zrobić cokolwiek, żeby można jej było pomóc.
Usłyszałam, że: nie da jej rozwodu, zabierze jej dziecko, każdy ją wyśmieje, jeśli powie, że gwałci ją mąż (Przecież mąż ma święte prawo do seksu, prawda? Zdanie żony w tej kwestii się nie liczy. Mąż ma potrzeby, tak?), nie stać jej na prawnika … i inne bzdety podobnego sortu. A na koniec: on mnie zabije.

I właśnie dlatego musi działać już. Zanim dojdzie do tragedii. Musi działać – dla siebie i dla dziecka.

Kwestia wynagrodzenia dla prawnika odpadło w przedbiegach. Piotr jest prawnikiem. Podobno dobrym. Nie wiem. Za to wiem, że jest dobrym człowiekiem. Wprowadziłam go w temat i czeka na jej telefon. Tyle mogłam pomóc. Teraz pora na jej ruch. To tylko wykręcenie numeru na klawiaturze. Tylko albo aż.

Jestem wstrząśnięta. I lekko zdołowana. Zastanowiłam się nad skalą problemu… Jak jest duża? Ile jest takich rodzin? Na świecie, w Polsce, w moim mieście, za ścianą?…
Na pierwszy rzut oka niczym nie wyróżniająca się rodzina, wykształceni ludzie, na poziomie, żadna patologia…
Ile niemych krzyków nie jesteśmy w stanie usłyszeć?…

Przeraża mnie to… :(

Wirusowo

Mój kochany laptopik chyba coś złapał. Rano zamulił, zarzęził, a następnie pokazał mi czarny ekran, co – ni mniej, ni więcej – oznaczało: Dzisiaj raczej nie odpalę, moja droga. Musisz mnie ratować.

No to ratuję – przywracanie systemu trwa już siedem godzin…

Ja chyba też coś złapałam. Wszystko mnie boli, nawet włosy. Siedzę przy PC-cie i gapię się tępo w ekran, jak sroka w gnat. Mało mówię, więc wszyscy przyglądają mi się podejrzliwie.

Czuję się dziwnie.

Obstawiam grypę.