Znowu grill był u mnie

Może nie ostatni w tym roku.
Choć nigdy nic nie wiadomo – aura fiksuje, ludzie zatem też nieco. To niesamowite, jak ludzkie samopoczucie jest sprzężone z pogodą. Myślałam, że tylko ja tak mam. Tymczasem…

Paweł się wyżalał: Ostatnio coś nerwowy jestem… Dzisiaj, na przykład, taksówkarza, który podjechał bez kolejki na stację BP, złapałem za fraki, chciałem mu wyrwać pistolet i nalać mu paliwa do pełna przez przednią szybę. Dobrze, że tam kamery mają. Chyba potrzebuję urlopu…

Wpadł Robert: Mamy papierowe ręczniki? O pardon, przerwałem…

Piotrek, ze świętym oburzeniem: Co ty sobie myślisz?! Człowiek tu ma problem z własnym ego – agresja, autoagresja, reumatyzm może! A ty o jakichś cholernych ręcznikach… I jeszcze jakieś zagraniczne wyrazy. Kultury trochę!

Stanęłam w obronie Roberta: Piotr, jesteś niesprawiedliwy. On chciał go czymś zająć, dać mu jakąś, choćby chwilową, ulgę w cierpieniu, przerwać czymś tę jego gonitwę myśli… Wszystko popsułeś…

Robert, wycofując się raczkiem: Ok. To ja już może sam tych ręczników poszukam…

Taaa…

W ramach oczyszczenia atmosfery i w celu przekonania Was, że nie jesteśmy ostatnimi czubkami, dodam, że wśród nas występują też jednostki wybitne. Tak dla zneutralizowania klimatu. Taka Jana na przykład. U Jany do tej pory odkryłam trzy niepodważalne zalety:

  • jest dziewczyną Roberta, zatem ogarnia i jego, i jego dom, i dwa berneńczyki – zatem jest osobą mega-wytrzymałą psychicznie, za co jej się należy duże uznanie i wszelkie wyrazy,
  • wino porzeczkowe pije, jak mało kto,
  • tak wymiata na wiolonczeli, że ja, proszę Państwa, po prostu totalnie odpadam i odlatuję, ściskam jej rękę i przysięgam nie myć dłoni swej – uprzednio ściskającej dłoń Jany, trzymającej smyczek – przez co najmniej dwa tygodnie.

A co u Was? 😉

Dlaczego dziś jestem niemiła

Rano wszyscy jechali sobie spacerkiem, co spowodowało, że wyczerpałam dzienną dopuszczalną dawkę synonimu słowa miauwa, przypadającą na człowieka z wyższym wykształceniem.

W robocie zasadniczo spoko. Wszystko szło idealnie. Aż do momentu, kiedy zrobiliśmy sobie przerwę na śniadanie. Wyciągnęłam jogurcik, koleżanka rozdała pomidory z działeczki, inna podzieliła się rzodkiewkami… Śniadaniową sielankę przerwał nasz audytor. Rozsiadł się i zaczął wywody na arcyważne tematy (zieeew). Zasłuchani, spożywaliśmy posiłek.

Niestety – nie zrobienie wiochy przerosło moje możliwości… Wylałam na niego jogurt. Cały. Wypadł mi z ręki…

Jeśli przyjdzie mi płacić za garnitur wart na oko parę tysiączków, zamierzam dostać zawału.

Zatem, czy jeszcze ktoś zamierza do mnie dziś zadzwonić z pytaniem: Co tam u ciebie słychać? No? To niech, miauwa, tylko spróbuje. Mieczem obusiecznym łeb utnę, a jelitami owinę drzewa wokół domu.

Dziękuję za uwagę.

Miśkowy happyend

Golden Misiek zamieszka w Łebie, razem z koleżanką  tej samej rasy – Aiszą. 🙂
Tyle, że nowa rodzina Miśka wraca z urlopu pod koniec sierpnia. Dwa tygodnie w schronie to dla tego psa stanowczo zbyt długo, zatem musiałam szybko wykombinować dla niego dom tymczasowy.

Ja, która kocham zwierzęta  – odpadłam. Już mam w domu zoo. Biedny pies z moją bandą pod jednym dachem ześwirowałby po trzech dniach i z podkulonym ogonem sam zgłosiłby się do schroniska z prośbą o azyl.

Moja siostra, która kocha zwierzęta – odpadła. Mały metraż i dwuletnie dziecko produkujące decybele ponad normę dla człowieka, co dopiero dla spokojnego psa… Jak wyżej.

Robert, który kocha zwierzęta – odpadł. Dwa berneńczyki na stanie, które zdominowałyby Miśka dokumentnie, ale wcześniej zalizałyby na śmierć.

Paweł, który kocha zwierzęta – odpadł. Przeprowadzają się właśnie, siedzą na walizkach i kartonach. Psu by to nie przeszkadzało, ale Paweł jest cholernie racjonalny, stanowczy i uparty. Chociaż…

I tu zapaliła mi się żaróweczka… Takie światełeczko w tuneliku… 😉

– Piotruuuś, mam sprawę, bo wiesz… (tu nastąpiło krótkie wyłuszczenie problemu)
– Wiedziałem, że jesteś wariatka, ale teraz masz zaostrzenie…
– Oj, Piotrek, no! To tylko dwa tygodnie. Powiesz, że to moja robota.
– To czemu sama mu tego nie powiesz?
– Bo mi łeb urwie. A tobie raczej nie…
– Ty nie chcesz wiedzieć, co on mi urwie…
– Nie histeryzuj, nic ci nie będzie.  No weź, nie bądź wiśnia!

Paweł niczego nikomu nie urwał. Zadzwonił tylko, żeby mi powiedzieć, że pies fajny jest i że nie sprawia problemów, ale my i tak sobie po-roz-ma-wia-my.

(Jakoś się nie boję. 😉 )

Mówcie mi: Kasandra

Znalazłam stronę, gdzie sobie można postawić tarota. Doskonale wiem, że to idiotyczne, ale w ramach odmóżdżenia kilka razy spróbowałam. Po rozłożeniu kart za każdym razem wychodziło, że: niedługo stracę pracę, zachoruję na jakąś straszną chorobę tropikalną, zeżrą mnie szerszenie, moja matka okaże się być Andrzejem Piasecznym Piaskiem… itd.
Fanta-miauwa-stycznie.

No i mam. Doigrałam się. Pierwszy problem zawisł już nad moją umęczoną głową niczym miecz Damoklesa. Z tą różnicą, że ten kretyn Damokles sam się prosił o zawieszenie owego żelastwa nad swoim głupim łbem, ja zaś niekoniecznie.

Dostałam informację z tzw. pierwszej ręki, że do naszego schroniska trafił golden. Nie znam szczegółów, ale to teraz najmniej ważne. Najważniejsze jest to, że golden sobie w schronie nie poradzi i trzeba go stamtąd jak najszybciej wyciągnąć. Świetnie sobie zdaję sprawę, że psów w potrzebie są setki… Ale znam charakter goldenów…  Od razu przed oczami staje mi Hana i wiem, że ten biedny pies przypłaci pobyt w schronie w najlepszym wypadku chorobą.

Komu goldena?…
Proszę się zgłaszać tłumnie, a ja przez ten czas wykonam parę telefonów.

W temacie kocim

Od rana Kuzco siedzi na kuchennym parapecie, wygląda przez okno i drze paszczę. Nie wiem, co on tam widzi – ja nie zauważyłam niczego fascynującego. Ten zaś wchodzi na wysokie c  i nie zamierza przestać.

Lara utopiła mi dziś w misce z wodą pendrajwa, na którym mam dość ważne dokumenty i których nie zdążyłam jeszcze przegrać na twardy dysk.
Rozważam najbezpieczniejsze i w miarę bezkrwawe metody mordu.

Dzisiaj nienawidzę kotów, nie trawię tego gatunku i niech mi tylko któryś spróbuje wejść w drogę…

Wróć!
Rudolfin właśnie domaga się miziania i skandalicznie psuje mi efekt.. Proszę zatem o jakieś dziesięć minut.

Po owych dziesięciu minutach ze zdwojoną siłą przystąpię ponownie do nienawidzenia kotów, nie trawienia tego gatunku i niech mi tylko któryś spróbuje wejść w drogę…

Filmowo

Piotrek: Do kina chodzę wyłącznie na filmy, w których jest rozpierducha. Wiesz – zabili go i uciekł. To mnie przynajmniej relaksuje. Albo na sajens fikszyn. Tyle. I to też tylko dlatego, że pornoli jeszcze nie grają w naszych kinach.

I ma facet rację. Zresztą jak zwykle.

Otóż ja nie chadzam do kina. Ściągam chamsko z netu polecane… I dzięki opatrzności, bo z reguły zawodzę się srogo…

Jednak pozostanę wielbicielką amerykańskiego kina akcji. Nie szukając daleko – klasyka: Predator. Arni, po rozpiżdżeniu w drobny mak połowy dżungli, zarzuca tekstem do towarzyszy: Zatrzyjcie ślady!

Miauuuuuwa! :)))

Nastroje przed urlopem

Jadę we wrześniu do rodziców. A konkretnie – jedziemy – sześcioosobową ekipą.

Moja mama wszystkich wcześniej poznała za pośrednictwem skejpa, co wiele tłumaczy…  

Jest ucieszona, acz nieco zatroskana…

– Marta, jak ja was tu pokładę
– Mamo, spoko. Zgrzewka piwa z ojcem i sami się pokładziemy.
– Dziecko…
– Oj, mamo no… Żartuję! Namioty bierzemy. Będzie ok.
– Dziecko, ty nie przesadzaj z tym piwem. Twój brat ma teraz problem z nerkami…
– Widać pił za mało piwa. Choć w jego przypadku jakoś ciężko mi w to uwierzyć… Będzie dobrze, mamuś.
– Ale tej no… Kokainy nie bierzecie?
– Wiesz co, mamo? Kocham cię.

🙂

Na drucie 14

– Siostra, masz fotoszopa?
– Mam. Mam ci go.
– Sprzedajemy samochód. Prześlę ci parę fotek. Zamaluj jakoś numery, dobrze?
– Dawaj.

Po jakichś pięciu minutach…

– Młoda, sprawdź mejla. Użyłam bardzo skomplikowanego narzędzia o nazwie „gumka”. I wymazałam. Zobacz, czy może być.
– Ale wymazałaś tylko rejestrację?…
– …
– Tuńka?…
– Nie, siostra. Wymazałam samochód i zostawiłam samą rejestrację. Czekam na kolejne błyskotliwe pytanie…

Ja sobie doskonale zdaję sprawę, że na starość nieco kretynieję. Nikt mi tego wprost nie powie – widać przez grzeczność. Ale żeby moja własna rodzina?… Krew z krwi?…

Co dalej, miauwa?…

Znajomy zadzwonił do mnie z niewinnym pytaniem: czy nie chcę paru rybek. Nałowili ze szwagrem z pół ławicy, sami nie przejedzą, szukają zatem chętnego jelenia, więc dzwonią między innymi do mnie.

Oczywiście, że zapałałam entuzjazmem – w domu się nie przelewa, ryby uwielbiam, so…

Kolega zajechał, zadzwonił, zeszłam na parking… Wręczono mi dwie foliowe torby pełne żywych ryb i odjechano z piskiem opon, tak na wszelki wypadek. Matko kochana… Wkroczyłam do mieszkania, napełniłam wannę wodą, wpuściłam ryby i…

CO DALEJ, MIAUWA?…

Zadzwoniłam po bliźniaków.
No to wpadła best firma: Emenemsy spółka z nieograniczoną nieodpowiedzialnością…
Moje nadzieje na załatwienie problemu legły w gruzach, gdy Sp. z n.n. zaczęła się przekrzykiwać: Zwariowałaś?… Mam je zabić?… To sprzeczne z moimi przekonaniami! Nie dam rady! Ta z prawej się na mnie patrzy! (Nie no, są bardziej popieprzeni ode mnie…)

CO DALEJ, MIAUWA?…

Zadzwoniłam zatem po Jacka: Hjuston, mamy problem!

Wszedł w chwale i glorii: No nie wytrzymię, chłopaki, ale z was cioty! (Rzekł zdeklarowany gej do facetów hetero…)
Jacenty wkroczył do łazienki, ogarnął temat wzrokiem i oświadczył z zachwytem: No weeeź, Tuńka, masz zaaajebiste akwarium!
Po czym przystąpił do zbiorowego mordu…

Sukcesywnie donosił truchła na taras, gdzie we trójkę dokonywaliśmy patroszenia.
W pewnym momencie Paweł krzyknął: Jaceeeek! Ta ryba żyje!…
Jacenty: Niemożliwe! Nie ma prawa!
Paweł: Nie ma prawa? Może i nie ma. Ale żyje! A może nie zna swoich praw… Pytałeś?…
Piotrek, głosem Lindy: Jacuś, co ty, kurwa, wiesz o zabijaniu?!

Zaposiadłam traumę. Znowu. I ok. 10 kg zwłok w lodówce.

CO DALEJ, MIAUWA?…

Zadzwoniłam do młodej…
-Dzięęęki, siostra! W końcu będziemy mieli czym wypełnić zamrażalnik. Pusty co chwila jest cały w lodzie i muszę co tydzień rozmrażać!

Szwagier już do mnie radośnie mknie – z roziskrzonym wzrokiem i rozwianym włosem (o ile mówienie o rozwianym włosie, w przypadku łba ogolonego na zero, jest na miejscu…).

Mam gdzieś zbunkrowanego Żywca na czarną godzinę. Chyba se golnę…

Berneński pies pasterski

Cudowna rasa. Znakomity pies obronny i stróż – każdego włamywacza zaliże na śmierć, uprzednio jeszcze pokazując, co gdzie schowane, ale wcześniej wykończy tym swoim GŁASZCZ MNIE.

Znajomy ma dwa takie okazy. Gdy pierwszy raz pojechaliśmy do niego na grilla, oba psy czekały już rozmerdane przy furtce.
Szczeknąłby chociaż który… – mruknął właściciel posesji.
Bestie zareagowały radośnie wywalonymi jęzorami.

I wtedy właśnie popełniłam jeden ze swoich wielu błędów życiowych – wytarmosiłam oba psie pyski i poczęstowałam kawałkami kiełbasy grillowej. Sierściuchy momentalnie załapały, że trafił im się nowy frajer do głaskania i nie odpuściły mi już do końca imprezy. Siedziałam na składanym krzesełku z jednym psim łbem na kolanach, drugi futrzak zaś usadził mi zad na stopach i trzeba było głaskać. A zaznaczam – te psy trochę ważą… Nie miałam najmniejszych szans – zostałam totalnie uziemiona. Tam, przy grillu już otwierano piwo, a ja – co przesuwałam krzesełko, próbując się wyswobodzić, to kudłate dupsko przesuwało się metodycznie, przygniatając mi stopy. GŁASZCZ MNIE!

Trauma normalnie…

Wczoraj ponownie zajechaliśmy do Roberta na grilla. Zapowiedziałam: Teraz się nie dam! Zobaczycie! Będę asertywna do bólu! Nie ma – ani kiełbasy, ani żadnego głaskania! Nie będzie mnie żaden pies terroryzował!

Taaa…
Niestety, te cholery mnie zapamiętały. I to jak!
Na dzień dobry zostałam brutalnie powalona na ziemię w radosnym szale psiego szczęścia i obśliniona od szyi po kolana.

Fajnie, że jesteś! Masz kiełbasę? No suuuper! A teraz GŁASZCZ MNIE!