Jak nie sraczka, to przemarsz wojsk

Cytat z notatki policyjnej:

W toku śledztwa ustalono, że na miejscu zdarzenia denat Stefan W. od godziny dziesiątej spożywał alkohol z Waldemarem K. O godzinie siedemnastej dołączyła do nich Ewa R. i dalej oddawali się wspólnej alkoholizacji.

Leżę i kwiczę. 🙂

Są momenty, gdy kocham tę robotę, naprawdę. Ale ilość momentów, kiedy jej nienawidzę, przeważa…

Odtajam, świeżo po wypraniu Larcinego dupsztala, bynajmniej nie dla przyjemności… :/

Ale zaraz łikędzik, więc się nie poddaję.

Trochę retrospekcyjnie i z rozmarzeniem niejakim

Każdy odreagowuje inaczej.

Mnie odstresowuje mycie samochodów. Powinnam się chyba zatrudnić w myjni, nie wiem…

Dziś w ogródku znajomej umyliśmy trzy samochody. Kocham to.

 

Moje poprzednie mieszkanie znajdowało się na takim typowym blokowisku. Przed budynkami zbiorcze parkingi na betonowych kratkach, tego typu klimaty. I ja na ten parking sobie schodziłam beztrosko (a właściwie zjeżdżałam windą) z wiaderkiem z wodą, gąbką, szamponem samochodowym… I z lubością myłam swój samochód. Serio, nie wiedziałam, że to niezgodne z przepisami. Nikt się nigdy nie przyczepił, więc…

 

Któregoś dnia postanowił mi potowarzyszyć sąsiad. Typowy kark w dresiku z trzema paskami, w adidaskach, z amstaffem u boku (notabene przepiękny pies – miał na grzbiecie łatę w kształcie serduszka). I tak – radyjko samochodowe grało, słoneczko świeciło, a my – wespół zespół – z sąsiadem pucowaliśmy swoje fury, a konkretnie: on czarne bmw, ja białą poczciwą skodzinę. I tak z godzinkę: pucu pucu, chlastu chlastu, nie mam rączek jedenastu… Sielanka.

Czar poranka zakłócił przemykający obok sąsiad nr dwa: Jak zaraz zadzwonię po straż miejską, to skończy się wam ta darmowa myjnia. Będzie was kosztować po trzy stówki.

Ja zbladłam, pies warknął, a sąsiad-dres uśmiechnął się szeroko i usłyszałam przecudną mowę ojczystą: Te… Frajer… Spierdalaj, tak? Bo w mordę wymierzę.

Agresor oddalił się w ciszy kurcgalopkiem, a ja zbladłam jeszcze bardziej.

Wtedy dres puścił mi oczko i rzucił przyjacielsko: Spoko, lalka! To mój rewir, nikt nas tu nie ruszy!

Ech, cudne czasy… Miało się te znajomości na dzielnicy, co nie?

Nie to, co teraz…

 

Aktualnie jestem w stresie… Dużym…

Umyć komuś auto?…

W klimatach spożywczych

Dokonałam przeglądu kocich chrup w sklepach internetowych i przyszedł mi do głowy pomysł na zmianę karmy – z Royala na Animondę. Opakowania znacznie bardziej ekonomiczne, w rozrachunku wychodzi taniej, karma z tej samej półki i skład podobny… Same plusy.

Na szczęście moje dwie szare komórki zderzyły się w odpowiednim momencie i kupiłam małe paczuszki na próbę. Dumna ze swojego niebywałego sprytu, zmieszałam z Royalem i czekałam na efekty.

Otóż pierwsze efekty Lara zostawiła w kuwecie… Łojezusienazareńskimaryjoprzenajświętsza… POWIETRZA! Jeszcze mnie oczy pieką, a zatoki wypaliło mi do cna. Nic już nie czuję. NIC. Normalnie zjarało mi nos. Co w tej sytuacji jest dla mnie jakby zbawienne.

Panowie rzucili się jak te hieny do świeżej padliny – Rudi i Kuzco zassali najpierw nieśmiało, ale potem nieco pewniej, a Majki z entuzjazmem okrutnym (jego ulubione danie nazywa się DUŻO, a Animonda spełniła akurat ten wymóg).

Następnie do miski majestatycznie podeszła Iwa. Obniuchała, parsknęła, kichnęła, a następnie spojrzała na mnie takim wzrokiem… ale to takim wzrokiem, że skurczyłam się do rozmiarów myszoskoczka.

Kocie oczy wyrażały ni mniej, ni więcej: Czegoś ty mnie tu nasypała, nooo?

– Ależ Królowo, to pyszne chrupy. Serio. Dwa rodzaje kupiłam – dla zadowolenia wymagającego podniebienia Waszej Wysokości…

Kocie oczy: MILCZ! Gdzie jest Royal? Żądam Royala!

– O, ten jest z wołowinką, królikiem, i jagnięciną, a ten z kreweciorami, tuńczykiem i łososiem. No cudo… Łapy lizać, co nie?…

Kocie oczy: Czy ciebie pogięło? ROYALA DAWAJ! NATYCHMIAST! I żeby mi to było ostatni raz!


Miauwa… Dobrze, że w szale radości z najnowszego odkrycia spożywczego nie nabyłam 15-kilogramowego opakowania. Kazałaby mnie niezwłocznie ściąć. Bez prawa do ostatniego życzenia…

Zdemolowałam osiedlowy sklep monopolowy

Tadam!

Bynajmniej nie z powodu kaca, trzęsiawki, tudzież innego rodzaju chwytających boleśnie za gardło szponów nałogu…  Nie, nie.

Od dwóch dni miałam migrenę… Ok, dobra, wiem. Migrenę to mogła mieć baronowa Krzeszowska, a mnie co najwyżej łeb napiernicza Ale potrzebowałam natychmiast ibupronu, prawie jak alkoholik wódki, a monopolowy był akurat otwarty, so…

Po dokonaniu zakupu, zapłaceniu i skierowaniu się do wyjścia, okazało się, że drzwi nie chcą ze mną współpracować. Gdy w końcu ustąpiły – centralnie przywaliły w stojącą obok szklaną wystawkę UPIORNIE-DROGIEJ-WHISKY. Nosz… Wystawka wraz z rzeczonym alkoholem z hukiem wylądowała na podłodze, a ja stoję na zgliszczach ze wzrokiem spaniela i się jąkam…

– Proszę pana, bo one, te drzwi, to mi tak niechcący…

Sprzedawca oskarżycielsko: No nie wiem, trzeba będzie za to zapłacić!

Miałam ochotę zakopać się pod płytki podłogowe…

Na szczęście obecny był jeszcze jeden klient, który przemówił: Nie jestem adwokatem tej pani, ale te drzwi nie są w żaden sposób zabezpieczone. Każdemu się mogło zdarzyć.

 

(Tylko dlaczego, do miauwy nędzy, tym KAŻDYM jestem zawsze ja?)

 

Puszczono mnie wolno.

Boże, ze stresu nawet nie pamiętam, jak mój wybawca wyglądał, mimo to i tak kocham go dozgonnie.

A łeb mnie przestał boleć natychmiastowo.

 

Mogę niniejszym powiększyć kolekcję swoich osiągnięć – pierwszy spalony sklep w okolicy.

Ale spokojnie, zostały mi jeszcze dwa spożywcze. Mam szansę rozwinąć skrzydła.

Sesję mielim (śmy)

A konkretnie najazd koleżanki z pracy z małżonkiem. Małżonek jest fotografem, zatem przytaszczył ze sobą ogromny aparat i równie ogromną butelkę. Koty zostały obcykane od wąsów po ogony, a gdzieś tak w połowie butelki maestro zapragnął obcykać pańcię. Zatem pańcia pozowała jak rasowa modelka, z rodowodem.

Praktycznie same pozytywy. Kolega małżonek za taką sesję zwykle winszuje sobie dwie stówki. Zatem zaoszczędziłam trochę forsy. Będzie jak znalazł. Się ma tyle mco, ale żadnej perspektywy na jakiś miot i odrobienie choć części kosztów. Się zatem prowadzi hodowlę kotów niehodowlanych. Interes życia normalnie!

Jest też jeden minus…

Mam super hiper megagalaktycznego kaca-giganta.

Chyba se umrę…

Środzie już podziękujemy

Nerwowy dzień mam. Wszystko mi z rąk leci. A ja padam z nóg. Centralnie na pysk.

Nie będę rozwijać tematu, bo zapeszę.

 

Ów dzień się jeszcze nie skończył, zatem mamy na dokładeczkę tak zwaną kropkę nad i. U Majkela znowu uaktywnił się gronkowiec. Miauwaaa!

Pańcia zatem chwyciła kota pod paszkę i na sygnale do wecika (Miki musi chyba przejść na dietę, bo ręce od dźwigania transportera mam już do kostek). W koci zad władowano zastrzyk, a z dzioba pobrano wymaz. Czemu to cholerstwo wróciło?…

Czy on nie przeżył ostatnio jakiegoś stresu? – spytała wet.

Nie no… Dobre pytanie. Przecież ten kot żyje non stop w stresie. Trzeba się najeść, wyspać, najeść, napić, najeść, wymyć, najeść… I to wszystko musi ogarnąć w jeden dzień! Sam jeden, nieboraczek. Jako ten samotny miauczący żagiel rzucony na głęboką wodę życia. Tyle chłopak ma na głowie, że sam już jest jednym wielkim chodzącym stresem.

 

Chyba sobie strzelę gumą od majtek… :/

Ukulturniłam się trochę

Moja była szefowa zabrała mnie do galerii sztuki. Głównie obrazów.

Przechadzałyśmy się jakąś godzinę i chłonęłyśmy tę sztukę. Człowiek czasem musi poobcować z czymś szlachetnym i wartościowym, co by do końca nie schamiał, ne spa? Znaczy ona nie musi – jest damą. Ja tak nie do końca…

Piękne obrazy, zaiste. Wprawdzie wartość takiego jednego dzieła to wielokrotność mojej marnej pensyjki, ale co pokontemplowałam, to moje. Martwa natura, pejzaże, portrety… Tylko kotów nie widziałam. Konie, owszem, całe tabuny. Jeden owczarek też mi mignął. Ale żadnego kota… Jak można nie malować kotów?

Zatem trudno, nic nie kupiłam.

 

Nabyłam za to karmę na kłaki. Nie, nie w galerii – w zoologicznym. W promocji była. Rudolf ostentacyjnie zasypał ją podłogą, a następnie się śmiertelnie obraził. Lara dokończyła po Rudim zasypywanie podłogą i z kitą w górze oraz FOCHEM popędziła do swoich nie cierpiących zwłoki ważnych spraw.

Mam nauczkę, żeby na drugi raz nie kupować kotom jakiegoś suchego badziewia, a wyłącznie świeżutką polędwicę jagnięcą. Zadnią.

A miało być tak pięknie

Zaszyłam się w pościeli. I kit mnie, że dziesiąta! Nikt mnie nie lubi, nikt mnie nie kocha. Chrzanię!

Poza tym urlop mam.

Nie wstaję. Tak będę leżeć!

 

I się, miauwa, zaczęło…

 

Telefon od koleżanki: No weź! Ty masz problemy? Ja dziś znalazłam u mojego 12-letniego syna płytę z pornolem. Takim, wiesz, w klimacie świątecznym. „Napalona Mikołajka”. To jest dopiero kwas.

 

Telefon od siostry: Some examples…

Ja: Że co?

Siostra: Psinco! Some examples.

Ja, skołowana: Młoda, piłaś coś?…

Siostra, szeptem: Zwariowałaś? W robocie jestem. Powiedz mi, jak to się, do cholery, pisze – przez A czy przez O.

Ja, również szeptem: Przez O. A czemu szepczemy?

Siostra: Czemu ty szepczesz, to ja pojęcia nie mam. A ja zamknęłam się w kiblu i dzwonię do ciebie konspiracyjnie, bo jak szef się dowie, że mam takie braki w angielskim, to mnie wyrzuci na zbity pysk.

 

Telefon od kolegi, kolega najpierw zdziwiony: No co ty? Doła masz? Eee…

A dalej: pogwizdujący, przytupujący, śpiewający mi w słuchawkę The Clash (z fałszem okrutnym)…

 

Nie! Tak się nie da! Nie wytrzymię!

A już tak fajnie cierpiętniczo się robiło… Już taka cudna depresyjka mordeczkę zza winkla wystawiała…

I cały misterny plan szlag trafił.

 

Przyjaciele, psia krew…

 

Mam ćpuna w chałupie

Nałóg jest dosyć uciążliwy. Otóż nasz bohater zalega pod drzwiami wejściowymi i zaczyna zawodzić. A głos ma donośny.

Miau… – z początku nieśmiałe, acz już świdrujące.

Miauuu! – skowyt przybiera na sile i wyraźnie rości.

MRAAAAAUUUUUU! – niesie się po całej klatce schodowej i połowie dzielnicy.

Ulegam.

Ja się łatwo poddaję tresurze.

Zresztą stawianie oporu mogłoby w najbliższej przyszłości skutkować przymusową eksmisją. Moją.

Hrabia przekracza dostojnie próg, a następnie jednym ślizgiem prostym rzuca się na terakotę i zaczyna się na niej tarzać z niekłamaną ekstazą, wydając z siebie mlaski z pomrukiem. Matko kochana, czym oni myją tę podłogę? Kocimiętką? Marychą???

Muszę oddać drania na odwyk. On tak ma jakieś trzy razy dziennie, w porywach do czterech.

I głęboko w rudym zadzie ma fakt, że ja właśnie usiłuję zagłębić się w arcyciekawej i ekscytującej literaturze (Prawo podatkowe) i potrzebuję CISZY.

Na razie tylko ostrzegam, od miesięcy ostrzegam, ale w końcu wprowadzę myśl w czyn… Walnę patelnią i przerobię na persa. Serio.

Jezu, znowu się drze…

Witam

Na wstępie należałoby się przedstawić…

Zatem rączki mnie świerzbią, żeby napisać: jestem piękna, mądra i bogata.

I tu – niestety – zadek mój ucierpiał okrutnie wskutek bolesnego zderzenia z ziemią, gdyż…

Primo: Piękna to ja miałam być w założeniu… A potem podmienili mnie w szpitalu. A jeszcze potem miałam w związku z tym dość trudne dzieciństwo. Wprawdzie kochał się we mnie kolega w podstawówce, ale to się nie liczy. Po latach spotkałam go z żoną – z całym szacunkiem: ma FATALNY gust…

Secundo: Z mądrością też bym zanadto nie galopowała. W genach nie odziedziczyłam, z wiekiem nie nabrałam… Ale nadrabiam MINĄ. W towarzystwie siedzę, nic nie mówię, słucham… Wszyscy myślą: „Boże, jaka ona mądra, taka mądra, tyle ma do powiedzenia, że aż milczy”. A ja milczę, bo… Tak właśnie.

Tertio: Bogactwo… Taaa… Na ten temat proponuję spuścić litościwie kurtynę milczenia i skwitować dyplomatycznie: na wszystko przyjdzie czas.

 

Zasadniczo jestem pogodnym homo sapiens, z dużym poczuciem humoru i ogromnymi pokładami życzliwości dla świata i jego mieszkańców.

Ale też miewam chandry. Aktualnie też mam, taką tycią… Więc postanowiłam założyć blogusia. Lepszy taki pretekst, niż żaden, ne spa?