Ku czci męczenników

Ponoć jutro nieformalny dzień mężczyzny. W czeluściach internetu natknęłam się na informację, iż data ta bynajmniej nie jest przypadkowa – tego dnia kościół katolicki obchodzi, uwaga, wspomnienie 40 męczenników z Sebasty.

Znaczy się, mam rozumieć, że nasi panowie utożsamiają się z owymi męczennikami?… Patrzta, jakie biedulki pokrzywdzone… Jaki ciężki los mają… Jakie to ich życie jest full of zasadzkas end samtajms kopas w dupas… Ojojoj… A co w takim razie mamy powiedzieć my – nieszczęsne kobiety – skazane na dzielenie naszego świata z tym męczeńskim gatunkiem?

Proszę, pierwszy przykładzik z brzegu. Voila.

Trułam Onemu od tygodnia, tak? W dobrej wierze, tak? Z troski jakby, TAK?

Poniedziałek:  Słuchaj no. Zrób coś z tablicą rejestracyjną, bo ci dynda.

– Uhm.

Czwartek: Tablica ci wisi na ostatnim włosku. Zamiast ósemki będziesz miał zaraz na zderzaku znak nieskończoności.

– Uhm.

Niedziela, koło południa: Cholera jasna! Ty weź sobie wyobraź… Zgubiłem tablicę rejestracyjną!

Niesamowite… Cóż za niespodzianka… Tak z zaskoczenia…  No kto by przypuszczał…

Jak Boga kocham, oni są z innej planety!

Mistrzyni kierownicy

Przy okazji Dnia Kobiet muszę opowiedzieć o mojej koleżance z pracy – Zosi.

Zosia jest osobowością specyficzną. Zosię się albo kocha, albo nienawidzi, nie ma żadnego pomiędzy. Zosia jest kobietką infantylną, szczebiotliwą, posiadającą na pierwszy rzut oka nieduży rozumek, co w rezultacie okazuje się bardzo mylące, albowiem Zosia swoistą mądrość życiową jednakoż posiada. Równocześnie jest bardzo upartym egzemplarzem homo sapiens – gdy sobie coś postanowi, prze do celu niczym czołg i nie ma zmiłuj.

Swojego czasu postanowiła na złość ojcu, teściowi i mężowi zrobić kurs prawa jazdy. Egzamin zdała za pierwszym razem i niniejszym dołączyła do grona kierowców. Tyle, że jest kierowcą kiepskim… hm… raczej bardzo złym… no dobra: fa-tal-nym. Na domiar złego Zosia nie lubi prowadzić i boi się wszystkiego, co ma cztery kółka.

Jej kunszt za kierownicą obrósł już legendą i jest przedmiotem naszych niewybrednych żartów w robocie.

Się czepiacie – bulgocze Zosia. – Jakoś dałam radę pojechać do Zakopanego i z powrotem. Sama. Z wrzeszczącym dzieckiem z tyłu na foteliku. Się nastresowałam okropnie, bo nikt na trasie nie przestrzega przepisów. Najbardziej się bałam, jak te okropne tiry mnie wyprzedzały…

Tiry cię wyprzedzały?! Zośka, ile ty na godzinę jechałaś?

– Przepisowo. Pięćdziesiąt.

(No w mordkę jeża, wpadłam pod biurko!)

– Zosia, pięćdziesiąt to tylko na zabudowanym…

– Wszędzie jakaś chałupa stoi. To skąd mam wiedzieć, gdzie jest zabudowany? Na wszelki wypadek zawsze pięćdziesiątką jadę.

(Zakopałam się pod wykładzinę – mamy w pracy taką fajną, czerwoną…)

Tak, proszę Państwa. Zosia jeździ przepisowo. Gdy ma włączyć się do ruchu na obwodnicy, cierpliwie czeka, aż wszyscy przejadą… Jakieś dziesięć minut… W porywach do piętnastu… Wyobraźnia podsuwa mi widok tego kilometrowego ogonka wpienionych kierowców za nią… Odganiam koszmarną wizję i staram się myśleć o czymś fajnym.

 

A ostatnio…

(w tle muzyka ze „Szczęk”)

… Zosia wzięła kredyt i kupiła nowe auto. Tak jest. I owe auto trzeba zarejestrować

– Słuchaj, ty masz taką fajną rejestrację… Sama wybierałaś? Czy wzięłaś pierwszą z brzegu?

– Zosia, błagam cię… Po odstaniu swojego w kolejce nie marzyłam już o niczym innym, jak o wyjściu stamtąd. Pierwszą z brzegu wzięłam, jaką facet mi wyciągnął.

– Eee… Ja to sobie wybiorę jakąś fajną… Poproszę, żeby wyłożyli mi wszystkie, jakie mają.

Mam gonitwę myśli i stresa. Może należałoby uprzedzić tych biednych urzędników, żeby zawszasu wzięli prozac?… Albo jakiś inny antydepresant?… Bo teraz moja wyobraźnia dostała potężnego kopa i już widzę, jak Zofia wkracza do urzędu, siada, kiwa nóżką, a na pytanie o blachy żąda KATALOGU!

Służbowo

Proszę, nie dziwcie mi się, że nieco histerycznie reaguję na statystyki bloga. Nie lubię, gdy ktoś bywa u mnie regularnie, a nie jest w stanie wydusić z siebie ani me, ani be, ani kukuryku. Jeśli kogoś interesują zamieszczone tutaj treści, wypadałoby napisać chociaż cześć. W przeciwnym wypadku snuję domysły… Że podgląda mnie mój szef, na przykład…

Zatem, tak na wszelki wypadek:

Szefie, kocham swoją robotę. Jestem zaszczycona pracą w instytucji, cieszącej się tak nieposzlakowaną opinią w społeczeństwie. A moja pensja wywołuje we mnie wręcz ekstazę. Co miesiąc, w dniu Matki Boskiej Pieniężnej, eksploduję ze szczęścia i płaczę… Co miesiąc bowiem mam dylemat: Bahamy czy Malediwy?… Oczywiście tylko teoretyzuję, bo szkoda by mi było brać urlop i przebimbać tyle cennych dni… Wszak owe dni mogę wykorzystać w pracy, spełniać się zawodowo, a firma – jak co dzień – da mi odczuć, że jestem doceniana i obdarzana szacunkiem przez Miłościwie Nam Panującego Pracodawcę

Mój kot maści rudej właśnie rzucił pawia…

Szefie, proszę tego niesmacznego incydentu przypadkiem nie brać do siebie. Kotecek musiał sobie oczyścić jelitka. Kłaczek mu zalegał.

Z wyrazami szacunku.

Uniżony pracownik.

(Państwo wybaczą, teraz ja muszę się odkłaczyć…)

Survival u weterynarza

Z Mikim byliśmy. Tępimy oporną bakterię. Czuję, że trzeba będzie zmienić antybiotyk. :/

I tak mam okazję opisać zachowanie kociastych w starciu z wetem…

Majkel bez problemu wchodzi do transportera. W drodze też jest spokojny. Za to w lecznicy zachowuje się, jak statek w butelce. Wiecie, transporter trzeba na części proste rozebrać, żeby dobrać się do kota. Potem pełen luzik.

Rudolfa jakoś udaje się zapakować do transportera bez potrzeby interwencji chirurga po. W samochodzie prezentuje kamienną twarz pokerzysty. Znaczy zaczątek focha. Na stole weterynaryjnym leży jak sfinks – wyniosły, sztywny i śmiertelnie obrażony. Foch trwa zazwyczaj do końca dnia.

Kuzcusa trzeba najpierw złapać. Kocisko wbija głowę w szafę i myśli, że go nie widać. U weta na stole staje się najbardziej-płaskim-kotem-na-świecie. Słowo, trzykrotnie zmniejsza swoją objętość, przyjmuje pozycję na naleśnika, a oczy ma wielkości pięciozłotówek: Ale DLASZEHO?

Lara, przy pakowaniu do transportera, dostaje od matki natury jakieś dziesięć dodatkowych łap, a już w drodze do samochodu ćwiczy solfeż – na cały regulator. Sąsiedzi uchylają drzwi, z ciekawości, kto obdziera kota ze skóry. W aucie kontynuuje darcie paszczy na potęgę. U weta się relaksuje i odpala traktor. Nie kumam, naprawdę.

Iwa akcją transpoter-samochód-wet jest zdziwiona i oburzona dogłębnie. Ale oburza się we względnej ciszy. W gabinecie zachowuje się z klasą. Po badaniu jednak szybko traci fason, wpadając jak bomba do transportera, gubiąc kłaki.

Maniutek zwykł w samochodzie robić wszystko, co kot jest w stanie zrobić. Wszystkimi kocimi otworami. Myślałam, że transporter go stresuje, więc zaczęłam go wozić na kolanach – jedna ręka na kocie, druga na kierownicy. Kiedyś zlał mi się na dżinsy, prosto w krocze… (Nie zapomnę, jak kurcgalopkiem przemykałam do domu, niczym szpieg z Krainy Deszczowców, karrramba…) U weta łapał dopiero po pięciu minutach, co się dzieje i gdzie kota podstępnie przywieziono… 😉

I tak o.

Dziś obeszło się bez krwi, plastrów i szwów (mam na myśli swoją skromną osobę).

A jak Wasze zwierzaki sobie radzą w chwilach zagrożenia życia, u weta znaczy? Łaknę wymiany doświadczeń! 🙂

O genetyce słów kilka wróbla Ćwirka

Dowiedziałam się właśnie, że mój ojciec usiłował dziś wejść do kuchni przez zamknięte drzwi do tejże… Oj dobra, ciemno było, tak?

Tatko ma na czole guza wielkości Kilimandżaro. Ponoć.

Do końca życia nie zapomnę akcji, gdy w domu rodzinnym wody zabrakło. Dziecięciem byłam niedużym, około 8-letnim, ale pamiętam ten numer doskonale. Wody nie było, a wszystkim szaleńczo chciało się pić. W lodówce był tylko szampan, nie spożytkowany od sylwestra…

Mój ojciec, otwierając owego szampana (zostań bohaterem w swoim domu!) przydzwonił sobie korkiem centralnie w czoło. Serio! Miał tam potem krągłego fioletowego guza, przez jakiś tydzień. A my – przyznaję ze wstydem – umieraliśmy ze śmiechu. 🙂

W razie, gdyby ktoś jeszcze wątpił i nie wierzył w osiągnięcia mojej siostry: to żaden talent – to GENY. ;)

Bywa i pozytywnie

Lepiej mi. Choć szału nie ma. Ale… Jakby to ująć…. Jest nieco słoneczniej. No.

Notatka służbowa biegłego sądowego, dołączona do faktury za ekspertyzę kryminalną:

Informuję uprzejmie, iż próbka przekazana do badania została zużyta w całości, wraz z opakowaniem.

I – doprawdy – nie byłoby w tym nic zabawnego, gdyby nie fakt, że ową próbkę stanowiło kilkadziesiąt gramów marihuany… To facet pojechał szeroko, nie powiem – w szale uniesienia nawet opakowanie zostało spożytkowane. 🙂

Pół dnia chodziłam uchachana po pachy, aż zainteresowano się, co zażywam. Bo reszta też by chciała. Słowo daję, gdy w końcu zmienię robotę, będzie mi brakowało tych smaczków… ;)

Kobieta zmienną jest

Zatem – dla odmiany – dziś nie jest wesolutko. Dziś jest potwornie, gdyż:

1. Jest poniedziałek.

2. Rano jechałam środkowym pasem za panią, która zachowując bezpieczną odległość za autem przed nią (jakieś pół kilometra, miauwa), wpuszczała wszystkich wpychaczy z obu sąsiednich pasów, a ja – jak ten debil – turlałam się za nią pół godziny. Zatem do pracy dotarłam spóźniona. I wnerwiona niemożebnie. (Jestem gotowa się założyć, że codziennie jest to jedna i ta sama mistrzyni kierownicy – dla niepoznaki tylko zmienia samochody i czapki.)

3. Jest poniedziałek.

4. W robocie kontrola, więc wszyscy dziś fruwali na wysokości lamperii.

5. Jest poniedziałek.

6. Skrzypi mi obcas. Ale to akurat dobrze, bo pół dnia myślałam, że to kolano.

7. Jest poniedziałek.

8. Po powrocie do domu zastałam uroczego kociego pawika na moich zamszowch butach.

9. Jest poniedziałek.

10. Łeb mi pęka.

Tyle.

Czy komuś coś jeszcze dokładniej wytłumaczyć?…

Młodsza siostra

Każdy powinien takową mieć. Ja mam.

Młodsza siostra to jest dobra rzecz – wysłucha, pocieszy, doradzi… Moja ma jeszcze dodatkowo szereg innych plusów i talentów, dzięki którym niejednokrotnie powala mnie na łopatki. Książkę bym mogła o niej napisać. Biografię. Byłby bestseller, czuję to.

 

Młoda przemieszcza się z punktu A do punktu B na rowerze. Kiedyś zatrzymała ją straż miejska za jazdę po starówce. Wizja mandatu zawisła nad siostrzaną głową, zatem tłumaczyła się i wiła jak piskorz. W pewnym momencie jeden z panów strażników uniósł groźnie brew i wycedził odkrywczo: No proszę, w dodatku nie ma pani dzwonka…

Siostra moja posiada pewną niekwestionowaną zaletę, mianowicie refleks.

– O! Widzi pan! Ja panów celowo szukałam, bo chciałam zgłosić ten fakt. Właśnie buchnęli mi dzwonek. Pan to sobie wyobraża?

Pół godziny później odbieram telefon:

– Siostra, jedziesz dziś ze mną kupić dzwonek. Drugi raz ten numer nie przejdzie.

 

Innym razem, skręcając rowerem na skrzyżowaniu, była tak zaaferowana tym, żeby ktoś jej w tyłek nie wjechał, że przydzwoniła czołem z zjeżdżający na przystanek autobus. Przez miesiąc rozmowę z nią zaczynałam tekstem: Cześć i czołem! Co – nie wiadomo czemu – bardzo ją irytowało.

 

A dziś…

Dziś spacerowałyśmy sobie Mariacką. Młoda opowiadała o swojej pracy, żywo gestykulując. Tak była zaabsorbowana przekazywanymi przez siebie treściami, że nie zauważyła nieoczekiwanej zawalidrogi. Z impetem przywaliła głową w latarnię i padła jak długa. Jak na kreskówkach! Ludzie w około gięli się ze śmiechu, a ja mierzyłam ich strasznym spojrzeniem. W końcu krew nie woda, tak?

Za to teraz mam ciągły chichot… :)

Chyba popadam w nerwicę natręctw

Wypucowałam mieszkanie. Nie, nie sprzątnęłam. Wy-pu-co-wa-łam. Można jeść z podłogi.

Mało mi było, bo pojechałam jeszcze odkurzyć samochód. Wymyłam go też w środku. Cifem! Gumowe chodniczki moczą się w wannie i zamierzam je zaraz wyszorować. A  potem wannę.

Zadzwoniłam do siostry – obiecała, że jeśli będę chciała wyprać koty i wypłukać je w Lenorze, będzie interweniować.

Piątek, piąteczek, piątunio

Lara się domyła i ogarnęła temat. Póki co jest spokój w tej – jakże delikatnej – kwestii.

(Ufff!)

Miki łyka antybiotyk i paskudztwo zaczyna się wycofywać na z góry upatrzone pozycje.

(Infekcja znaczy, nie Majkel.)

Prezesowi Kuzcusowi uformował się pięknisty wrzód w kąciku wargi. Nie panikuję, obserwuję.

(Miauwa mać!)

Iwa wyzwierzęca się na drapaku. I epatuje. Jej nigdy nic nie dolega. Ot, koci ideał.

Rudolf standardowo drze japę pod drzwiami. Nie ulegnę. Nie będzie kot mi ustawiał planu dnia. Nie i koniec!

Rozglądam się za siekierą… Chyba nie mam.

Ale tłuczek do mięsa również wygląda obiecująco…