Przy okazji Dnia Kobiet muszę opowiedzieć o mojej koleżance z pracy – Zosi.
Zosia jest osobowością specyficzną. Zosię się albo kocha, albo nienawidzi, nie ma żadnego pomiędzy. Zosia jest kobietką infantylną, szczebiotliwą, posiadającą na pierwszy rzut oka nieduży rozumek, co w rezultacie okazuje się bardzo mylące, albowiem Zosia swoistą mądrość życiową jednakoż posiada. Równocześnie jest bardzo upartym egzemplarzem homo sapiens – gdy sobie coś postanowi, prze do celu niczym czołg i nie ma zmiłuj.
Swojego czasu postanowiła na złość ojcu, teściowi i mężowi zrobić kurs prawa jazdy. Egzamin zdała za pierwszym razem i niniejszym dołączyła do grona kierowców. Tyle, że jest kierowcą kiepskim… hm… raczej bardzo złym… no dobra: fa-tal-nym. Na domiar złego Zosia nie lubi prowadzić i boi się wszystkiego, co ma cztery kółka.
Jej kunszt za kierownicą obrósł już legendą i jest przedmiotem naszych niewybrednych żartów w robocie.
– Się czepiacie – bulgocze Zosia. – Jakoś dałam radę pojechać do Zakopanego i z powrotem. Sama. Z wrzeszczącym dzieckiem z tyłu na foteliku. Się nastresowałam okropnie, bo nikt na trasie nie przestrzega przepisów. Najbardziej się bałam, jak te okropne tiry mnie wyprzedzały…
– Tiry cię wyprzedzały?! Zośka, ile ty na godzinę jechałaś?
– Przepisowo. Pięćdziesiąt.
(No w mordkę jeża, wpadłam pod biurko!)
– Zosia, pięćdziesiąt to tylko na zabudowanym…
– Wszędzie jakaś chałupa stoi. To skąd mam wiedzieć, gdzie jest zabudowany? Na wszelki wypadek zawsze pięćdziesiątką jadę.
(Zakopałam się pod wykładzinę – mamy w pracy taką fajną, czerwoną…)
Tak, proszę Państwa. Zosia jeździ przepisowo. Gdy ma włączyć się do ruchu na obwodnicy, cierpliwie czeka, aż wszyscy przejadą… Jakieś dziesięć minut… W porywach do piętnastu… Wyobraźnia podsuwa mi widok tego kilometrowego ogonka wpienionych kierowców za nią… Odganiam koszmarną wizję i staram się myśleć o czymś fajnym.
A ostatnio…
(w tle muzyka ze „Szczęk”)
… Zosia wzięła kredyt i kupiła nowe auto. Tak jest. I owe auto trzeba zarejestrować…
– Słuchaj, ty masz taką fajną rejestrację… Sama wybierałaś? Czy wzięłaś pierwszą z brzegu?
– Zosia, błagam cię… Po odstaniu swojego w kolejce nie marzyłam już o niczym innym, jak o wyjściu stamtąd. Pierwszą z brzegu wzięłam, jaką facet mi wyciągnął.
– Eee… Ja to sobie wybiorę jakąś fajną… Poproszę, żeby wyłożyli mi wszystkie, jakie mają.
Mam gonitwę myśli i stresa. Może należałoby uprzedzić tych biednych urzędników, żeby zawszasu wzięli prozac?… Albo jakiś inny antydepresant?… Bo teraz moja wyobraźnia dostała potężnego kopa i już widzę, jak Zofia wkracza do urzędu, siada, kiwa nóżką, a na pytanie o blachy żąda KATALOGU!