Przyjaciele…

Przyjaźń to uczucie, które cenię najwyżej ze wszystkich. Miłość to przy niej pikuś. Przyjaciel to dla mnie ktoś więcej niż partner, kochanek czy współmałżonek. Jeśli mamy dwa w jednym, możemy czuć się szczęściarzami.

Znajomych mam krocie. Przyjaciół niewielu – wybranych, wyselekcjonowanych, odcedzonych z tłumu. Przyjmują mnie bez cienia wyrzutu taką, jaką jestem – z moimi humorami, chimerami i widzimisię… I gdy nawet zatrzaskuję im drzwi przed nosem i nie odbieram telefonu – włażą oknem. I reanimują psyche. Tak jak dziś…

Cenię. I dziękuję.

 

Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, gdy nasze skrzydła zapomniały jak latać. *

*Antoine de Saint-Exupéry

Klimaciki męsko-damskie

Z niewiadomych przyczyn panowie mają kobietę za Wielkiego Odnajdywacza Wszystkiego (w skrócie WOW). Wszystkiego, serio serio.

Często o godzinie siódmej rano muszę stawiać czoła wyzwaniu: Tunia, yyy… Nie wiesz, gdzie jest mój/moja/moje: spodnie, ta-koszula-no-wiesz, portfel, telefon, dowód osobisty, kluczyki do samochodu, bluza, pióro…?
Chyba wytatuuję sobie na czole hasło: Macica to nie jest urządzenie naprowadzające.

A skoro już jestem w temacie mężczyzn…
(A tak mi się jakoś nazbierało…)

Panowie oraz panie mają odwieczny problem z komunikacją. Wiem, Ameryki nie odkryłam. Ale zawsze mnie to zadziwia i fascynuje.
Gdy kobieta mówi do mężczyzny: Kochanie, czy jak będziesz wychodził, mógłbyś wyrzucić śmieci?, to mężczyzna myśli: Dlaczego ona się znęca nade mną i stara się mi obrzydzić życie?

No właśnie, dlaczego?… 😉

Całam w nerwach!

Przeczytałam artykuł o kotach… TEN TEGES TUTAJ.

No żesz miauwa… Wychodzi na to, że mam w domu samych masochistów! Znaczy się mam koty stracone dla świata, zwichrowane, nienormalne, chore!

Bo moje sierściuchy:

  • walą mnie z barana czerepem w pysk, domagając się głaskania…
  • wywalają brzuchola w całej okazałości i pozostają w tej pozycji w radosnym oczekiwaniu, domagając się głaskania…
  • uwalają się obok mnie w łóżku, przeciągając się, mrucząc, niechcąco całkiem zawadzając mnie w brodę pazurem, domagając się głaskania…
  • ugniatają mi zawzięcie wątrobę/żołądek/nery* (*niepotrzebne skreślić), domagając się głaskania…

Po osiągnięciu upragnionego efektu mruczą bezczelnie, bardzo zadowolone z siebie, i są przeszczęśliwe.

Taki odchył jest nie do przyjęcia!

Chyba wyślę je na terapię…

W skrócie, bo, miauwa, trochę ciepło…

Każdy ma swoją granicę tolerancji. Moja właśnie została przekroczona.
Wczoraj było jeszcze w miarę znośnie, za to dziś… W momencie, gdy otworzyłam rano oczy, odniosłam wrażenie, że ocknęłam się w strefie międzyzwrotnikowej. Co to za pogoda ma być, ja się pytam? Czy ktoś to ze mną skonsultował?

Sierściuchy mnie się porozkładały na stole i ławie w pozycjach na żabę, chłodząc brzuchole o szyby. Rudolfin standardowo wypełnił swoim kudłatym jestestwem umywalkę.

W dodatku moja siostra jest chora. Tak, na zewnątrz ponad trzydzieści stopni, a ona kaszle tak, że zaraz wykaszle sobie płuca. Najwyraźniej sprzedałam jej swojego wirusa sprzed dwóch tygodni, bo mi już przeszło. Młoda zgrywa twardziela i – między jednym atakiem kaszlu a drugim – oświadcza, że nic jej nie jest. Nie no, nic, absolutnie. Najwyżej się udusi. Phi, wielkie rzeczy…

Piotrek stwierdził, że to nie żaden wirus, tylko się po prostu sprzęgłyśmy, jak to samice w stadzie. Nie lutnęłam mu tylko dlatego, że jest gorąco i mogłabym się spocić. A wszak wiadomo, że damy się nie pocą (no i nie lutują słabszego gatunku za jakieś byleco).

Chciałam wziąć właśnie odświeżającą kąpiel, ale okazało się, że Rudolf teleportował się z umywalki do wanny. Gdy podchodzę – odwraca głowę i udaje, że to nie on.

Trudno, wezmę prysznic.

(Powtarzanie jak mantry: cholernie kocham tego kota – trochę pomaga…)

Ach, co to był za ślub…

Mam takiego kolegę w pracy, fajnego, najulubieńszego mojego cuda. Ów cud ma na imię Jacek i jest wymarzonym przyjacielem dla kobiety – ma prezencję, poczucie humoru, lubi futrzaki i jest gejem. Chodzący ideał, ne spa?

I tak się złożyło, że Jacek aktualnie desperacko potrzebuje kobiety. Tak, tak. Wypadki chodzą po ludziach… I zwrócił się z powyższym problemem do mnie. Zgodziłam się na uczynienie mu przysługi bez chwili namysłu. W końcu czego się nie robi dla kumpli, tak?

Odstawię się odpowiednio, żeby mu wstydu nie przynieść – wskoczę w elegancką kieckę (o zgrozo!), w szpile (trzykrotne: o zgrozo!), zrobię coś ze strzechą na głowie (bo tak na co dzień to mam na łbie wybuch w radzieckiej fabryce makaronu) i strzelę sobie profesjonalny makijaż.

Następnie dzielnie ujmę Jacusia pod rękę i przekroczymy podwoje kościoła.

(Wcześniej wrzucę tam but, własny, tak profilaktycznie – jeśli świątynia się nie zawali, to mogę se śmiało wkraczać.)

Piknie. Znowu poczuję ten klimat, powspominam, westchnę błogo… No piknie.

(Jacek został poproszony na świadka swojej siostry, rodzinę zaposiada dość konserwatywną, zatem lasencja u boku jest wskazana – tyle gwoli wyjaśnienia.)

Korzyści są dwie: wesprę bliźniego i… pobaluję na weselu. 😉  

Ornitologicznie 15

Zaposiadam malutką, kameralną depresję kliniczną. Taką w wersji pocket – z miękką okładką.

Na domiar złego jestem chyba jakaś napiętnowana. Jak nie kot, to mysz kamikadze. Jak nie mysz, to pies na ruchliwej drodze. Jak nie pies, to przerośnięty pająk z równie przerośniętym ego. Dziś wyszłam na chwilkę do Biedronki – wróciłam z ptaszorem. Ja już naprawdę boję się otwierać lodówkę.

Ptaszora wyłuskałam z krzaków, bo gębę darł tak, że zaraz zjawiłaby się tam armia okolicznych kotów. Wrzeszczun dostał na imię Lucjan (co ja mam z tymi imionami?…), został odwieziony do lecznicy na Kartuskiej, a tam okazał się sójką, z przetrąconym skrzydłem. Ma już rezerwację w hotelu Ostoja i czeka na limuzynę.

W lecznicy mam już karnet stałego klienta. Najeździłam się tam w okresie lęgowym z gamoniami, które wypadły z gniazda. Napuściłam też na nich kilku znajomych (Dryń! Dryń! Tuńka, gdzie była ta lecznica?… Bo mamy ptaka.)

Koty mi się poobrażały, bo nie pozwoliłam nawiązać kontaktu organoleptycznego z Luckiem. A one się chciały tylko pobawić. W koci koci łapci.

Nigdzie już dziś nie wychodzę. Nie ma mowy nawet. Bo się znowu na coś natknę. Na coś znacznie większego… Na niedźwiedzia na przykład.

Laki…

Jechaliśmy trójmiejską obwodnicą i zauważyliśmy psa. Biedaczysko miotał się na prawym poboczu, mocno przerażony, z podkulonym ogonem, i ewidentnie usiłował przebiec na drugą stronę. Nie muszę chyba dodawać, jakie prędkości są rozwijane na takiej drodze?…

Zimne poty mnie oblały i złapałam za ramię Pawła, co było w sumie zbędne, bo również go zauważył i już zaczął gwałtownie hamować, włączając awaryjne. W ten sposób skutecznie zablokowaliśmy ruch na prawym pasie.

W pamięci mam jedynie migawki z całej akcji…
Piotrek – stojący w rozkroku na środku jezdni, wymachujący trójkątem i gaśnicą, wstrzymujący ruch na lewym pasie…  Ja – z wyciągniętą w stronę psiaka dłonią, trzymając pęto kiełbasy śląskiej, którą przed chwilą nabyliśmy w Selgrosie po okazyjnej cenie… Paweł – polujący na psa z pętlą z paska do spodni… Jedynie takie pojedyncze kadry zarejestrowałam.

Psiak utykał i miał zakrwawiony pysk. Podejrzewałam, że już zdążył wcześniej zaliczyć stłuczkę. Był wystraszony, ale spokojnie dał się zaciągnąć do samochodu. Drogę do lecznicy spędził na tylnym siedzeniu, opierając mordkę na moich kolanach.

W samochodzie dostał na imię Laki. Bo niby taki z niego szczęściarz, wiecie. Trafił na drużynę A. Zajebiście wręcz.

I bardzo bym chciała, żeby ta historia zakończyła się dobrze. Czujecie – trójka bohaterów ratuje pięknego psa w typie owczarka niemieckiego, zawozi do lecznicy, ogarnia temat, a na psisko czeka już wianuszek chętnych rodzin adopcyjnych. Normalnie: we are the champions! W tle trzepoczące skrzydłami stado białych gołąbków… Chciałabym…

Zajechaliśmy do jednego z najlepszych weterynaryjnych chirurgów w Trójmieście (ratował mojego Mańka). Psina dostał na wstępie środki przeciwbólowe, a potem trafił na rtg i usg. Niestety, urazy wewnętrzne były zbyt rozległe. Daruję sobie szczegóły…

Na pytanie wet: Czy ktoś z państwa potowarzyszy pieskowi w ostatniej drodze?… Piotrek rzucił: Sorry, nie nadaję się, k…wa, muszę iść zapalić. K…wa… Nie no… Przepraszam, nie mogę. Mnie Paweł wyrzucił z gabinetu: Idź, umyj twarz. (Tusz do rzęs spłynął mi na brodę.) Ja zostanę.

Całą drogę powrotną milczał.

Skurwielu, który wyrzuciłeś na obwodnicy z samochodu tego cudnego psa… Życzę ci, żebyś zczezł w męczarniach…

Obracam się o 180 stopni

Owszem, mnie też irytują te moje huśtawki nastroju. Serio serio. Ale za to dziś… Dziś – dla odmiany – jadąc przez miasto, uśmiechałam się do współużytkowników drogi. Żeby sobie zrównoważyć rzeczywistość, wiecie. Jedni kierowcy uśmiechali się w rewanżu, inni się tylko gapili. No bo jedzie taka i się uśmiecha! (Zamiast mieć minę pt.: Właśnie-umarła-mi-cała-rodzina-wraz-ze-zwierzętami-domowymi-i-padł-koń-sąsiada, jak to w naszym pięknym kraju jest przyjęte.)

I obiecałam sobie, że nic, ale to nic nie wyprowadzi mnie z równowagi, nic mnie nie wmiauwi, będę uśmiechnięta, miła i wyrozumiała.

I zaraz potem dostałam smsa od Pawła…
Zdobyłem canoe dwuosobowe zajebiście żółte. U mnie już nie ma miejsca, ale mogę je postawić u Ciebie w salonie lub w sypialni. Długość 3,60 m, wyporność 157 kg – cholera, idę na dietę. Nie krzycz. Wytłumacz.

Odpisałam:
Jeśli już, to w salonie, Pawełku, bo w sypialni zmieści się już tylko hamak. Będziemy siedzieć w canoe i oglądać Animal Planet. Pozdrawiam.

W najmniejszym nawet stopniu nie nadaję się na matkę, żonę i kochankę. Trudno. Za to jestem uśmiechnięta, miła i wyrozumiała. Oraz zorganizowana i uporządkowana.

(Miauwa, ja nawet nie pamiętam, na którym kanale mam Animal Planet…)

Kuwetowe sprawy

Ktoś, kto opracował algorytm działania naszego łez padołu, nie doprecyzował szczegółów. Fuszera, jednym słowem.

Jakoś tak się dziwnie w tym życiu dzieje, że jak z jednej strony się układa, to z drugiej – bum! – brudna kuweta. Gdy mi się zdrowotnie poprawiło – okazało się, że teraz problem ma mój brat. Gdy moje sprawy partnersko-uczuciowe jako tako się poprostowały – młoda przechodzi kryzys w sielankowym do tej pory związku. Gdy Majkel się zagoił – pociągać nochalem zaczyna Rudolfin. Kociokwiku można dostać. Też tak macie?

Na szczęście Lara zauważyła, że myślę i kombinuję zbyt dużo i postanowiła działać. Skupiła się dziewczyna, nadęła, spięła w sobie, udała się do kuwety dopracować detale przedsięwzięcia i… ufajdała się po same uszy.

Wie laska, jak mi zorganizować czas wolny, ne spa?

Futro zostało poddane namaczaniu, praniu przedwstępnemu, a następnie praniu właściwemu. Mam jeszcze ochotę wypłukać w Perwolu i odwirować.

(Spokojnie, pominę te dwa punkty, choć rączęta mnie świerzbią…)

Moja mama…

Tytułem wstępu przybliżę trochę jej osobę…

Nie przypominam sobie, żeby nas przytulała, całowała, mówiła, że nas kocha… Zawsze wyręczał ją w tym ojciec, który wiecznie był gdzieś na zagranicznych kontraktach, przyjeżdżał raz do roku i starał się nadrobić stracony czas.

Moja matka po prostu nie potrafiła się zdobyć na czułość. Nikt jej tego nie nauczył. Gdy babcia nosiła ją pod serduchem, dziadek umierał na raka. Mojej mamie nie dane było poznać własnego ojca, od noworodka była obciążona nerwicą. Wiadomo wszak, co musiała przeżywać ciężarna kobieta, mając w perspektywie życie w pojedynkę z trójką dzieci… Takie przeżycia odbijają się na nienarodzonym jeszcze dziecku.

Babcia całe swoje życie ciężko pracowała, starając się utrzymać trójkę dzieci w tamtych trudnych czasach. Nie miała czasu na czułości, przytulanie, całusy. Nie nauczyła tego wszystkiego swojego potomstwa. Nie miała kiedy…

Moja mama wiele z nami przeszła, oj wiele… Nie byliśmy najłatwiejsi. Odstawialiśmy takie numery, że wręcz wstyd mi o nich dziś pisać.

Dała radę. Ogarnęła. Nie poddała się. Wychowała nas na ludzi. Porządnych nawet, tak myślę.

Jakiś czas temu dostałam od niej gruby zeszyt.
Nasze rodzinne przepisy kulinarne – powiedziała. – Dla potomnych. Żeby nie przepadły.

Zdziwiło mnie to trochę, bo – jako jedyna z rodzeństwa – potomstwa nie mam i mieć nie zamierzam. Ale przyjęłam podarunek, początkowo nie zagłębiwszy się zbytnio w treści tam zawarte.

Dziś dopiero przekartkowałam. Po przebrnięciu przez kilkadziesiąt stron przepisów na ciasta, mięsa, sałatki i inne pierdółki odkryłam, że gruby brulion zawiera w środku osobiste zapiski mojej mamy. Nie sądzę, żeby to były jej własne przemyślenia. Raczej zasłyszane gdzieś, bądź przeczytane cytaty. Nie pamiętała, że tam są?… Zapomniała wyrwać kartki?…

To cudowne starzeć się obok kogoś, kto dalej widzi cię takim, jakim byłeś w młodości.

Iść naprzód nie rozpychając się łokciami i nie tratując nikogo po drodze. Być dumnym ze swoich osiągnięć, nie myląc dumy z pychą. Dbać o ludzką sympatię bez służalczości. Najogólniej rzecz biorąc – budować wewnętrzną zgodę na swój los, nie opuszczając rąk i zachowując godność.

Miarą człowieka jest zachowanie w czasach próby. Zły człowiek to taki, który umie przyjąć, ale nie umie oddać.

Powyższe przekreślone dwukrotnie.

Dobroć, której nie towarzyszy rozum, często przynosi więcej zła niż dobra.

Powyższe przekreślone jedną linią.

Jeśli naruszysz czyjeś poczucie godności, to zranisz tak głęboko, że rana może się już nigdy nie zabliźnić.

Parę stron dalej wciśnięta luźna kartka z koślawym napisem: SAMOWYSTARCZALNOŚĆ.

Nie podzieliłam się z tym z siostrą. Na razie nie. Zeszyt dostałam ja. Dałam do przeczytania Pawłowi. Zamyślił się, po swojemu podniósł brew i powiedział: Myślę, Tunia, że twoja mama dała ci to z premedytacją. Liczyła na to, że przeczytasz.

Sądzę, że ma rację. No i ok – przeczytałam.
Tylko nie wiem, co z tym dalej zrobić…

Powiedzieć jej, że ją kocham? Że dziękuję za wszystko? Może powinnam. Ale nie potrafię. Nie nauczyła mnie tego…