Procentowo

Moja siostra pokłóciła się okrutnie z mężem. Swoim. Nie po raz pierwszy wprawdzie, ale odnoszę wrażenie, że teraz nerw ją porządnie szarpnął, żyłka pierdząca jej pękła i tym razem to nie przelewki.

Wczoraj zostawiła delikwenta na pastwę dziecka wspólnego i przyjechała do mnie na kolację.

(No dobrze! I na wino! Zadowoleni?…)

Wyrąbałyśmy dzban Carlo Rossi na pohybel mężczyznom generalnie, a mężczyznom, którym odbija palma, w szczególności. Obecni mężczyźni w liczbie sztuk jeden pokręcili głową i pojechali do roboty.

Głowa mnie dziś boli, ciekawe od czego… Bo przecież nie od tych paru malutkich kieliszeczków wina. Najprawdopodobniej od suchego powietrza – teraz, gdy nie ma opadów, jest bardzo suche powietrze, wszyscy to wiedzą.

I zaraz wyjdę i zjem tego osobnika, który przez pół dnia wierci w ścianach gdzieś pod moją podłogą. Zeżrę go razem z wiertarką.

Tygrysek

Rozsiadłam się przed służbowym biureczkiem, odpaliłam komputerek, wzięłam łyka parującej kawusi… Ósma wybiła – zadzwonił telefon. Odebrałam – Piotrek: Cześć. Jestem z tyłu na parkingu… Wyjdź na chwilkę, co?

– Coś się stało?

No wyłaź… Pokażę ci…

Miauwa, jeszcze tylko tego mi brakowało! Piotra, obnażającego się pod budynkiem prokuratury! Chrupek, w zestawieniu z obscenicznie zachowującym się kierowcą tegoż boskiego wehikułu, w miejscu publicznym, pod moim zakładem, niemal doprowadził mnie do pulpetacji serca…

Kusił dalej: Pokażę ci mojego tygryska!…

Normalnie trauma.

Rany boskie, on sobie pluszową maskotę do wozu kupił!… I odczuł nieprzepartą potrzebę zajechania po drodze prosto ze stacji benzynowej o ósmej rano, żeby się nią pochwalić…

Przyjaciół mam po prostu bdb.

(Osoby chętne na wypożyczenie Pawła już się zgłosiły. Trwa plebiscyt… A czy ktoś jest chętny na wypożyczenie jego brata?… Piotr jest mistrzem w podnoszeniu adrenalinki… Anybody?…
Póki co, opłat nie pobieram, tak?… Promocja taka.)

Motywacja

Stwierdziłyśmy z młodą, że czas się poruszać. Dosyć wożenia dupsk samochodem, trzeba zewrzeć szeregi i ruszyć do boju. Dla zdrowia, no i figury, ne spa?

Szukając dodatkowej motywacji, wygadałam się Pawłowi, że będziemy się z siostrą odchudzać.
Uniósł brew: Po co?

Gadać tu z chłopem…

Pierwsza myśl, jaka nam przyszła do głowy – tenis. Dawno nie grałam. Lubię. Nawet rakietę mam.
Mówię: Pogramy sobie, korty mam po drugiej stronie ulicy. Fajowo będzie.
W odpowiedzi słyszę: Zdaje się, że jakoś tak niedawno miałaś operowany prawy nadgarstek.

Mówię Wam, bardzo nie lubię przyznawać racji gatunkowi marsjańskiemu, bardzo…

Więc wykombinowałyśmy, że pożyczymy bieżnię. Moja koleżanka z roboty ma, nówka prawie (bieżnia, nie koleżanka – z całym szacunkiem dla koleżanki).
Dzielę się pomysłem: Będziemy na przemian na niej szaleć, aż do przydeptania jęzorów. Super będzie.
Pyta podejrzanie uprzejmie: A gdzie ją postawisz?

No co za wredny typ, jak słowo daję…

Zatem myślałyśmy dalej i wymyśliłyśmy plażę. Obie uwielbiamy pływać – ha! Przyjemne z pożytecznym.
Zadowolona z siebie zeznaję: Co drugi dzień będziemy śmigać nad morze. Poruszamy się, poopalamy. Będzie fajnie.
Paweł, z dobrotliwym uśmiechem: Tak… Już to widzę… I co drugi dzień będziesz śmigać do spożywczego po zsiadłe mleko, a do apteki po maść na oparzenia.

Naprawdę fajnie mieć takiego Pawełka na podorędziu, wiecie? Doda otuchy, podbuduje, zmotywuje… Znakomicie się sprawdza w tej dziedzinie, serio serio. Ktoś przypadkiem nie potrzebuje motywacji aby? Pożyczyć go komuś?…

(O ile wcześniej nie zatłukę gada tępym narzędziem.)

Quiz

Są sobie dwa kocięta rasy europejskiej. Płci męskiej. Kocury znaczy. Rude. Konkretnie jeden rudy, a drugi rudy z białymi skarpetami i krawatem.

I kto je zaadoptował? No kto?… 😉

(Podpowiedź: proszę mnie nie podejrzewać, resztki rozsądku zachowałam… 😉 )

Doigrałam się

Zorganizowałam ogólnokocie czesanie. Większość populacji okazała aprobatę, a ruda część społeczeństwa wręcz wyraźny zachwyt. Niestety, nawet na najpiękniejszej rabacie trafia się chwast. Ów chwast to nikt inny, jak to czarne z pręgami i – o ironio losu –  z największą tendencją do filcowania.

Otóż Mikusiński wszedł na wysokie c i zapluł się niemiłosiernie, w trakcie egzekucji wymiauczając mi w twarz wyrazy, takie jak: Zdradaaa! i: Miauwa! Miało być tylko w poniedziałkiii! oraz: Ta zniewaga krwi wymagaaa! Gdy doszedł do wniosku, że jego histerie nie robią na mnie najmniejszego wrażenia, od miauków przeszedł do czynów i przydzwonił mi z plaskacza w pysk.

Majkel zawsze wali z otwartej, byłam na to przygotowana. Ale tym razem futro równocześnie chciało mi pokazać środkowy palec. I pokazało – w pełnym opancerzeniu. Poczułam ów palec aż w kręgosłupie.

No nic… Może chwilowo nie jestem piękna. Za to w końcu wyglądam jak rasowy opiekun kotów. Opiekun z rodowodem.

Piątunio bdb

Wczoraj, późnym wieczorem, oświecono mnie, że od sobotniego poranka będę miała weekendowych gości. A tymczasem w chałupie masakra. Jakby przez domostwo przeszła Armia Czerwona. I to w tę i z powrotem.

Zatem uszczknęłam trochę cennego czasu urywając się godzinę wcześniej z pracy, żeby posprzątać… Wkroczyłam na salony, a tam…

  • podłoga odkurzona i wymyta tak, że się świeci jak psu…
  • dywany i tapicerki odkłaczone,
  • stos naczyń w zlewie – sięgający już niemal pod sufit – pozmywany,
  • kurze powycierane,
  • kocie michy wymyte,
  • kuwety wyszorowane Domestosem od zewnątrz i od wewnątrz,
  • na parapecie kropka nad i – wazon pełen polnego kwiecia.

Na stole kartka:

Z grubsza ogarnęliśmy.
W międzyczasie zajrzał św. Mikołaj. Pory roku się jełopowi porąbały. Wykorzystaliśmy okazję i skroiliśmy gamonia na wino  – jest w lodówce.
(Butelka jest w lodówce, nie Mikołaj. Grubas nie chciał się zmieścić.)
Odpoczywaj.
Wyrazy wszelakie.
emenemsy

Zatem odpoczywam, sączę wino, przeglądam maile i buszuję na garnku.
Normalnie czuję się, jak duża porcja tiramisu. 🙂

Tymczasem na wstępie tygodnia

Na tapecie tekst dnia autorstwa mojej szefowej. Zajrzała dziś na moment, omiotła nas wzrokiem i wycedziła powoli: Jakoś nikt nie śpi… Ani gazety nie czyta… Ani nie grzebie w internecie… To niepokojące…

Poniedziałek, tak?…

A potem podsłuchana na korytarzu rozmowa dwóch kolegów z pracy:
–  Czujesz?! Dali nam cały swój ogień za mamuta.
–  Mamuta?… Tego mamuta?
–  No! Mamuta, którego dopiero upolowaliśmy… Tylko bez nóg…
–  Pieprzysz! Dali wam cały swój ogień za wybrakowanego mamuta???

Halo!
Dokąd jedzie ten tramwaj?…

Bo tak przypadkiem może okazać się, że mi coś nie po drodze…

Chrupek

W nawiązaniu do poprzedniego wpisu, niniejszym przybliżę kulisy.

Otóż mój znajomy jest dumnym posiadaczem mini busa marki volkswagen. Piotrek kocha go nad życie i nazywa pieszczotliwie Chrupkiem. Chrupek czasy świetności ma już dawno za sobą, wiecznie nawala, ma chyba ze sto lat i podejrzewam, że przeżył obie wojny światowe (choć biorąc pod uwagę jego prezencję, podejrzewam, że zaliczył też konflikt w Zatoce Perskiej).

Chrupek wydaje też dźwięki. Poziom decybeli, jaki ten rzęch potrafi wyemitować, bije na głowę odgłos silnika odrzutowca (niniejszym przepraszam wszystkie odrzutowce za owo niefortunne porównanie).

Tydzień temu Piotr podjechał tym cudem niemieckiej myśli technicznej pod mój zakład pracy, w celu przejęcia wora kociej karmy. Moment uruchomienia Chrupkowego silnika rzucił do okien wszystkich w budynku. Nieświadoma busowego potencjału gawiedź przeraziła się, że wali się nasz nowo wybudowany Teatr Szekspirowski (btw nikt by nie miał nic przeciwko – to diament polskiej architektury – kto widział, ten wie).

Owszem, Piotrek posiada inny środek transportu, całkiem solidny. Cóż z tego, kiedy w oczach właściciela inna maszyna nie dorasta Chrupkowi nawet do podwozia… Niewinna propozycja: Aż do Wejherowa musisz pomykać? Jadę do Gdyni, podwiozę cię! nabrała dla mnie ostatnio całkiem nowego wymiaru i wprawia me słabe serce w drżenie…

Z całym szacunkiem dla Chrupka i jego zasług – wspólnie z bratem Piotra po cichu modlimy się żarliwie, żeby ten trup pewnego dnia zakończył swój żywot i po prostu nie odpalił. Paweł wspomniał coś nawet o Częstochowie i pielgrzymce…

Dziś na parkingu…

Możesz przytrzymać tę gumkę? Tylko tak delikatnie…
Ok. Jest dobrze. Ja tu tymczasem poruszam tym bajerkiem…
Cholera! Wypadł mi, no! Nie dam rady teraz…
Przytrzymaj tu…
Możesz, słonko, wsunąć tam rękę? Masz drobniejszą dłoń.
O, pięknie!
Teraz gra i buczy. Cudownie!*

(*Nie, nie dopuściłam się czynów gorszących w miejscu publicznym. Ślęczałam z Piotrem pod maską wozu i brałam aktywny udział w naprawie skrzyni biegów. 🙂 )

Filozo… Fizjologicznie znaczy

Trochę mi się w życiu narobiło ostatnio. Dlatego mnie nie ma za często. Wywnętrzniłabym się ochoczo, ale internet nie jest najlepszym miejscem ku temu. Choć jęzor mnie świerzbi, o matko jedyna, jak mnie świerzbi…

Zasadniczo: ŻYJĘ. To musi wystarczyć. 😉

Dla równowagi przechodzę do szarej codzienności, w razie, gdyby ktoś za futrami zatęsknił.

(Zatęsknił?… Ktoś?… Anybody?…)

Otóż Majkel – urodzony perfekcjonista – zapragnął skorzystać z Larcinej kuwety. Owa kuweta jest odkryta, do największych nie należy, ot – w sam raz dla Lary, ale niekoniecznie dla kloca Majkeljuszem zwanego.
Otóż Miki wlazł z intencjami jak najbardziej dobrymi, zakręcił się z piętnaście razy, wykopał około pięciu dołków, poskrobał, pośpiewał, a następnie wypiął zad i… walnął za kuwetę.
Fenkju gut najt.

Nie dają mi się ponudzić…

Bogatsza o kolejne sierściuchowe doświadczenie, teraz trzymam papierowe ręczniki w pogotowiu.

(Rana na wardze Mikusia już całkowicie oblała się zdrową tkanką. Tadam! Pańcia szczęśliwa. Choć steryd jeszcze w grze – na dobicie.)