Fajne są łikendy. Człowiek może odsapnąć, zregenerować się, wyspać… No naprawdę. Błogi sen w łikendowy deszczowy poranek to jest TO*.
(* TO, o czym marzę.)
Na moim magicznym zegarze wybija magiczna godzina szósta. I wtedy się zaczyna…
Jako pierwszy – Rudolf – udeptujący, ugniatający, stepujący po moim żołądku, ramieniu i głowie: No weź! Szósta! Tu się nie śpi! Panie Hawranek! Tu nie restaurant! Wsta-je-my!
Zrzucam z siebie upierda i odwracam się plecami. Upierd – cały czas stepując – wolno przemieszcza się (przez mój żołądek, wątrobę i nery) ponownie ku mojej twarzy i przystępuje do układania jęzorem mojej grzywki.
Zakrywam głowę kołdrą. Rudolfin – zniesmaczony – poddaje się, po czym mości się wygodnie na moim ramieniu i policzku. Pal sześć lekką niedogodność – ważne, że mogę spać dalej.
Gdy wtem…
– Mrauuu! Mraaauuu! Mraaauuuuuu! – płacz Lary niesie się na całą chałupę i połowę osiedla. W wolnym tłumaczeniu oznacza: Pańcia no! Chciałam się przeciągnąć, lekko opierając się pazurkami o naszą zamiauwistą kanapę. Nie mogę się odczepić! Ratunku, pańcia!
Zwlekam się z łóżka, starając się nie otwierać oczu, ratując resztki snu. Odczepiam sierotę od kanapy i z powrotem zanurzam się w pościeli.
Już prawie odpływam, gdy nagle dostaję potężnego kuksańca kocim czołem prosto w prawe ramię – Kuzco: No cześć, pańcia. Widzę, że wstałaś. To się świetnie składa, wiesz, bo ja dawno nie byłem przytulany. Po czym dziesięć kilo kota z kością wali mi się z impetem prosto na żebra. Odpływając w błogostan przytulam czarnucha, wykonując kilka pieszczotliwych smyrnięć kociego brzuchola… AUĆ! Pańcia, no co ty taka nerwowa? Że za mocno drapnąłem? Starałem się z wyczuciem. Ale wiesz, pańcia, że to z miłości tak. Przeciągnąłem się tylko. No przecież wiesz, co nie?
Ok, wiem. Osłoniłam rękę kołdrą. Zasypiam… Liczę przy okazji niektórych kolegów z pracy: jeden baran, drugi baran, trzeci…
ŁUP, ŁUP, ŁUP! – moja świadomość powraca brutalnie na ziemię. ŁUP, ŁUP, ŁUP – niemała kocurza łapa wali z determinacją w drzwi łazienki: Pańcia, weź mnie wpuść no! Tam jest mój ukochany chodniczek z Biedronki. Muszę się na nim wytarzać. Natychmiast. Pośpiesz się, pańcia! Ja tu gorę!
Ponownie – starając się nie otwierać oczu – wlokę się do łazienki, uchylam drzwi, wpuszczam Majkela i ponownie wracam do łóżka, nie tracąc nadziei… Powoli odlatuję w niebyt i…
– Graaauuu?! – świergoli mi nagle nad uchem i zaczyna energicznie udeptywać mój żołądek… Mamroczę już-prawie-przez-sen: Fajnie, Iwcia, że jesteś. Pougniataj sobie i śpimy, tak? Błogie mruczenie uznaję za aprobatę, zatem wzdycham z ulgą i… czwarty baran, piąty baran, szósty… AUAAA! Oj, pańcia, nie dramatyzuj! Za mocno ugryzłam? Przestań histeryzować, doprawdy. Wiesz, że czasem nie jestem w stanie zapanować nad swoimi emocjami. To z miłości!
Jutro do roboty. Znowu się nie wyśpię. Czuję to… Ale odeśpię w łikend, ne spa?…