Kiosk power

Moja koleżanka z pracy zaspała dziś okrutnie. Uskuteczniła dziki galop na przystanek tramwajowy, a po drodze zahaczyła o kiosk w celu nabycia biletu.

Wydyszała zziajana: Normalny na miejscu poproszę!
Gość z kiosku przytomnie: Mam tylko na wynos… Podać?

Mój nowy idol! 🙂

Sklep spożywczy

Było dramatycznie, potem smętnie, teraz będzie głupkowato – dla równowagi.

Uwielbiamy robić teatr w osiedlowym spożywczaku.

On krzyczy do mnie na pół sklepu: Kochanie! To jakie wino ci dziś kupić? A co dziś ci ugotować na obiad? Kooochanieeeee! A nie wyrzucisz mnie dziś z domu, jak nie zrobię prania?
Panie ekspedientki mierzą mnie wtedy lodowatym wzrokiem, a do niego mruczą: Z pana to anioł jest… Takich mężczyzn to ze świecą szukać…

Wydymam tymczasem kapryśnie usta i rzucam od niechcenia: O rany no! Nie pytaj mnie o takie rzeczy. Przecież wiesz, że ja nie gotuję. Albo: To nie wiesz jeszcze, co będzie na obiad? To co ty w ogóle wiesz?!  

Potem przy kasie…

Jedna z ekspedientek: Pani ma takiego wspaniałego męża…
Wzruszam ramionami, podczas gdy On pakuje, płaci i zastanawia się na głos nad obiadem: E tam… Żeby to chociaż mąż był… A to taki tam przydupas 
Panią oblewa rumieniec: Ale jak to tak… Nie pani mąż? A ja myślałam, że to mąż… Taki przystojny…
Wypalam: Męża to ja już miałam, wie pani. Też był przystojny. Ale nie gotował, więc go szurnęłam. Teraz mam tego. Ten gotuje.
On gra twardo (jest rewelacyjny w takich rolach): Widzi pani, ja swojej żonie to też gotowałem. Ale i tak mnie szurnęła, bo ja właśnie tylko taki przydupas jestem…
Pani strzela karpia. 

W samochodzie On zamyślił się, a następnie rzucił z szelmowskim uśmiechem: Teraz musisz iść tam z Jackiem! Koniecznie! A potem z Pawłem… No wiesz – podgrzać atmosferę.

 

Miauwa… Ciekawe, co mnie będzie bawić na starość… ;)

Wspominkowo…

Odeszła suczka mojej znajomej. Nowotwór mózgu. Jakoś mnie to nastroiło… mało pozytywnie…

Rok temu pożegnałam mojego srebrzystego przyjaciela. Z czasem ból jakby przygasa. Bardzo, bardzo powoli wspomnienia wypełniają serducho ciepłem. Czasem człowiek czuje też wdzięczność, że dane mu było choć tyle. Jednak gdzieś tam czai się ona… Czeka, by przypomnieć o bólu straty… Tęsknota.

Nie, to nie było moje pierwsze rozstanie ze zwierzakiem. Pożegnałam szereg moich psiaków. Pierwszy był Kleks, potem Czardasz, kolejny Kleks II, jeszcze później Maks, Maksymilianem zwany… Ale po śmierci Maniutka coś we mnie pękło. Bezpowrotnie. Może dlatego, że był kotem? A może dlatego, że był wyjątkową kocią pierdołą, która po zaklinowaniu się w drapakowej tubie miała zwyczaj wyłuskiwać się z niej tyłem?… A być może dlatego, że jako jedyny zwykł w tej swojej pierdołowatości ugniatać mnie z wyciągniętymi na maksa pazurami, nie zdając sobie sprawy z tego, jaki ból mi to sprawia?… Zasłaniałam się kołdrą po samą brodę. Szramy na mojej szyi już dawno się wygoiły, ale dziś mi ich brakuje. I tych pazurów też. I tej pierdołowatości. I Maniutkowego traktora. I falującej srebrnej kity o długości wręcz rekordowej.

Do śmierci nie można przywyknąć. I nigdy nie jesteśmy na nią gotowi. Nigdy. Chociaż dobrze wiem, że ona przycupnęła gdzieś w pobliżu i czeka… Wszak niejednokrotnie jeszcze będę żegnać swoich podopiecznych. Oby jak najpóźniej…

Dramat w trzech aktach

Akt I: Pańcia otrzymuje swoją mega-pensję

Wielka radość, łzy (szczęścia?), euforia, spazmy… W końcu nadszedł ten jakże długo oczekiwany dzień w miesiącu. Pańcią szarpią skrajne emocje. I ten podniosły nastrój, gdy pańcia kroczy korytarzem po swój odcinek z wypłatą… Brak jedynie fajerwerków, dziewczynek w falbianiastych sukienusiach, sypiących kwieciem, oraz białych gołąbków…

(Pierdolone białe gołąbki proszone są na scenę w celu podniesienia dramatyzmu – jak mawia mój brat.)

Akt II: Pańcia płaci rachunki

Wyszperane zostają faktury, których jakimś cudem nie udało się jeszcze pańci zgubić, oraz wezwania do zapłaty, dotyczące faktur zaginionych w akcji. Z wyrazem ulgi na obliczu i z poczuciem dobrze spełnionej misji pańcia wykonuje przelewy. Wiadomo wszak, że co na konto wpłynęło, wypłynąć z niego musi. Równowaga w przyrodzie powinna zostać zachowana, bez dyskusji. Zatem pańcia wpada w trans: klik, klik, klik… Kilka klików później pańcia budzi się z kwotą dwucyfrową na koncie, megawkurwem i jakby z ręką w nocniku.

Akt III: Pańcia rzuca się do Motławy

(Tragiczny koniec bohaterki okrasza w tle muzyka autorstwa pana Ennio Morricone.)

KONIEC.

 

Znaczy taki był plan, tak? Moje ambitne zapędy ostudziła młoda:

Daj spokój… Do Motławy? Wiesz, jaki jest teraz niski poziom wody?! Co najwyżej wbijesz się w piach. Proszę cię, tak? Nie rób wiochy, siostra.

 

I tak o.

Miało być tak pięknie, a wyszło, jak zwykle.

O nałogach

Niejednokrotnie spotkałam się z przekonaniem, że płeć piękna jest bardziej podatna na nałogi wszelakie. Być może. Nie polemizuję. Nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem.

Opinia ta nie znajduje potwierdzenia u kotów, a przynajmniej u moich kotów.

O tym, że Rudolf zapałał gwałtowną miłością do zapachu pasty do podłogi na klatce schodowej, wspominałam już niejednokrotnie. Gdy wracam do domu, rudzielec już czatuje pod drzwiami, z nosem przy futrynie, by śmignąć mi radośnie pod nogami i sztachnąć się z lubością, wcierając w swój kudłaty grzbiet zapach pasty, żeby zostało na dłużej.

To nie jedyny ćpun w chałupie, nie nie. Otóż Lara – damą będąc – nie toleruje nie sprzątniętej na czas kuwety. W domu są trzy kocie wychodki, ale arystokratka korzysta tylko z jedynego – pozostałe dwie kryte kuwety wzbudzają kocią niechęć. Jeśli uzna, że jej kuweta nie spełnia standardów ISO, potrafi ostentacyjnie walnąć sikiem prostym obok. Rzadko jej się to zdarza, bo staram się ogarniać temat na bieżąco. Gdy jednak już się zdarzy – przecieram podłogę roztworem Domestosa cytrynowego, następnie czystą wodą.

Tyle tytułem niezbędnego wstępu. Ad rem…

Otóż zapach Domestosa jest w stanie wyrwać Kuzco z najgłębszego snu. On może spać w najdalszym zakątku domu, w szafie, na tarasie, w czeluściach piekła – woń Domestosa sprawia, że czarne kudłate natychmiast stawia się na miejscu operacji w pozycji na baczność. Podłogę przecieram zatem jedną ręką, drugą odsuwając napierającego kocura. Gdy uznaję, że Domestos został teoretycznie zneutralizowany, Kuzco absolutnie obala tę teorię, poczynając rzut całym kotem na podłogę, a następnie wijąc się ekstazie z niewysłowionym szczęściem w oczach i wywalonym w zachwycie jęzorem. Lara patrzy na niego jak na głupka…

Z kolei Majkeliusz poczuł ogromną atencję do chodniczka łazienkowego made for Biedronka. Nie wiem, co ten kawał szmaty w sobie ma, ale na sam odgłos otwieranych drzwi do łazienki Miki galopuje do niego co sił w łapach, z niezdrowym szałem w kocich oczach. Dopada ofiarę i… mam pokaz jogi: grzbiet na chodniczku… prawa łapa za lewą nogą… głowa pod prawą pachą… ogon za lewym uchem… broda na dywaniku… kuper zwrócony ku sufitowi… Szał ciał jednym słowem.

Dobrze, że chociaż dziewczyny w tym domu są normalne… Stonowane, poważne, arystokratyczne i z klasą…

(Mam na myśli jeno dwie przedstawicielki czterołapnego gatunku, niestety… 😉 )

Komu śledzia? (Śledziem?)

Dostałam od znajomego pół kilo solonych śledzi. Rozdawał na prawo i lewo, bo sam nie przeje. A czy ja dam radę?… Czy podołam??… Czy zmierzę się z wyzwaniem???… No nie wiem.

Wymoczyłam i popełniłam niniejszym:

– śledzie w oleju,

– śledzie w śmietanie,

– śledzie z ogórem kiszonym.

Nakarmiłam siostrę, nakarmiłam Onego, a i tak czeka mnie cały kolejny tydzień pod patronatem śledzia. Cóż robić.


A! I byłabym zapomniała! Rano jadąc do roboty minęłam na drodze dwa pługi śnieżne. Nosz miauwa… Chwila konsternacji mnie dopadła… Zasępiłam się, zmarszczyłam brew, pogrążyłam się w procesie myślowym i… załapałam! Co roku przeżywamy dramat pod tytułem: „Zima zaskoczyła drogowców” (Zima w grudniu? Od kiedy???). A w tym roku najwyraźniej drogowcy postanowili zaskoczyć zimę. Dzielne chłopaki!


Jako, że podzieliłam się sensacyjnym doniesieniem z trójmiejskich dróg, oddalę się teraz z godnością, albowiem aktualnie jestem w siódmym miesiącu ciąży mnogiej ze śledziami i ledwo mogę pisać, bo brzuch zasłania mi monitor. Ariwederczi.

Środunia spokojniutko mija…

Tymczasem w moim zakładzie pracy miała miejsce kradzież. A wiadomo, gdzie pracuję, tak?…

Biały dzień, ochrona, monitoring, zamki magnetyczne, cuda niewidy, a tu… beztrosko wyniesiono w siną dal dwie szafy na akta. Pojemne. Dość duże.


Siedzę i ryczę ze śmiechu. :))

Wiosna, panie

W związku z porą roku jakieś dziadostwo znowu zaczęło pylić, wobec czego cały boży dzień chodzę i kicham. Oczy mam czerwone niczym królik po kopulacji, a zatoki zapchane po sam mózg. Swoją drogą zatoki uszkodziłam sobie we wczesnym dzieciństwie, dwukrotnie łamiąc sobie nos. Najpierw spadłam z drzewa prosto na ów delikatny narząd, a jakiś rok później – na szkolnym wf-ie – zaliczyłam cios w potylicę piłką lekarską, co dało mi niezłe przyspieszenie z finiszem na ściennych drabinkach. Fenkju. W związku z powyższym mam nieco ulepszony* nos… Taki letko rzymski.

(*Czytać: zrobiony przez chirurga plastyka amatora, który od pana Zenka masarza z Kolbud nauczył się operować, a ja padłam ofiarą jego pierwszej operacji, przeprowadzonej w garażu teścia.)

Wiosnę poczuły też sierściuchy, a jak.

(Taktownym milczeniem pominę linienie, bo mi oko lata…)

Iwa ma ruję urojoną – obiektem westchnień jest On… Majkel produkuje kołtuny z częstotliwością jakieś dziesięć na godzinę – jest zatem czesany i chwilowo nie pała do mnie pozytywnymi uczuciami… Rudolf odkrył, że nowa kanapa ma z boku miejsce, przez które można się z łatwością przecisnąć do środka – a potem kot drze paszczę, żeby otworzyć kanapę i kota wypuścić, bo kot zaraz dostanie klaustrofobii. Dziwne, rudy taki inteligentny, a nie wpadł jeszcze na to, że wyleźć można tą samą drogą, którą się wlazło…

(Strach pomyśleć, co by było, gdyby Maniutek znalazł tajne wejście do kanapy. Pewnie by się w środku zgubił chłopak…)

Niuch niuch… Czujecie maj? 🙂

Pozostając w temacie owadów…

Wynosiłam dziś z mieszkania Hieronima. Na szufelce. Przez okno musiał wleźć, zdrajca.
Bo ja taka durnota miłosierna jestem. Nie zabijam stworzeń, sumienia nie mam.
A Hirek wyrósł jak wół.

Więc sunę z tą szufelką przez pokój – pająk ruch w przód, ja skok do tyłu, szufelka na podłogę, nabranie pająka z powrotem, parę kroków do przodu i abarot…

W tak zwanym międzyczasie potencjalny mężczyzna mojego życia wszedł do przedpokoju, oparł się o futrynę, włożył ręce w kieszenie i, po paru chwilach obserwowania moich poczynań, zainteresował się w końcu: Czy ty tańczysz merengue, czy odmawiasz „Zdrowaś Mario” w indiańskim języku migowym?…

Pewnego dnia zatłukę go tępym narzędziem. Czuję to…

Hera

W sąsiedztwie, a konkretnie na pierwszym piętrze bloku obok, mieszka suczka. Hera. Mieszanka labradora z czymś – całuśna, przytulasta, przekochana… 🙂

Zawsze, gdy ją spotykam na spacerze z jej panią, muszę wytarmosić (suczkę, nie panią, żeby było jasne).

Dziś spotkałam je obie wracając z roboty.

– Pani wychodzi do pracy około siódmej, prawda?

Ja: No tak.

Ona wtedy zawsze wybiega na balkon i piszczy… Jezu, jak ona piszczy… I ogona niemal jej nie urwie. Myślałam, że widzi jakiegoś psa… Wyglądam… A to pani!

Powiem Wam, że to największy komplement od obcego futrzaka, jakiego doczekałam w ostatniej pięciolatce. 🙂