Na własnym mymłonie wyhodowałam…

Siostra, rzucając okiem na mój balkon: Wiesz co? Ten twój pająk… Chyba coś mu się stało.

– Nic mu nie jest. Wczoraj miał się dobrze.

– Ale on się jakoś skurczył. Wygląda na smutnego. Może mu zimno?…

– Hirek to twardziel. Da sobie radę.

– Ale on wygląda, jakby umarł i się zasuszył…

Serce mi niemal stanęło, a skroń jakby posiwiała. Wyjrzałam na balkon…

– Miauwa, on się nie zasuszył! To jest jego wylinka! Rozumiesz, taki skafanderek, który pająk z siebie zrzuca, gdy robi się na niego za mały. POMÓŻ MI SIĘ PAKOWAĆ ALBO JEDZIEMY KUPIĆ STRZELBĘ!

Pięknie jest. Gdzieś w pobliżu pomyka mi skrzyżowanie pająka z owczarkiem podhalańskim. Mam tylko nadzieję, że skurczybyk nie wpiernicza kotów. Bo mi drastycznie populacja spadnie…

Tunezja czy Egipt?…

Bo nie bardzo się orientuję, co jest teraz trendi.

Znowu jestem przeziębiona. To naprawdę przestaje być zabawne.

Rano najpierw zjadłam aspirynę, którą popiłam kawą z kubka przechylanego na stole zębami. Jakoś tak nie mogłam skoordynować ruchów…

Później powlokłam się do roboty, gdzie odfajkowałam swoje osiem godzin, cierpiąc godnie i w milczeniu.

A jeszcze później dostałam zwrot od urzędu skarbowego. Przelewem. Przelew ów opiewał na zawrotną kwotę dwudziestu złotych polskich.

Morze możliwości, jakie się przede mną otworzyły, zaprawdę mnie przytłoczyło.

Zatem trzeba zaszaleć. Wybiorę się w ciepłe kraje wygrzać kości. First minute. A jak! Ułańska fantazja mną szarpie. 🙂

Raz w tygodniu smęt musi być

On* wziął, zawinął się i poleciał do Frankfurtu. Odmeldował się, komunikując: Wychodzę po zapałki, wracam za trzy dni.

(* On jest kolejnym kandydatem na mężczyznę-mojego-życia. Stara się, bo jeszcze obejmuje go gwarancja. Mojemu ex-mężowi zaczęło odbijać już w okresie pogwarancyjnym, zatem teraz muszę być czujna zawczasu. A on… fajny jest. I koty lubi. I mnie też lubi. Smutnawo mi, gdy go nie ma.)

Nijako mi dziś. Ale chyba każdemu zdarza się wyhodować sobie od czasu do czasu drobnego doła. Takiego, że normalnie nic, tylko się urżnąć się z siostrą, dojść do wniosku, że jestem beznadziejna, pracuję z idiotami i w dodatku znowu posiałam kartę bankomatową…

Ale nie ma to, jak wstać rano z kacem, znaleźć nieszczęsną kartę i dojść do wniosku, że chyba jednak żona mojego ulubionego współpracownika ma gorzej, bo na przykład ma męża kretyna.

Niech on już wraca, bo mnie głowa boli… :/

Kiepskie skutki picia wódki

Mój szwagier jest boski. Boski!

Wczoraj odbyła się mała impreza u mojej siostry. Młoda wyprawiła swoje imieniny. Impreza zakrapiana, rzecz jasna, jak to przy weekendzie.
A ja lubię się napić w dobrym towarzystwie. Mam to po przodkach kowalach. A widział ktoś kiedyś trzeźwego kowala przy robocie?…

W godzinach późno wieczornych szwagier (nieco już wstawiony) zauważył, że kończą mu się papierosy i równocześnie przypomniał sobie, że ma całą paczkę w samochodzie. Zeszliśmy na parking we trójkę – szwagier po fajki, kolega z psem i ja, jeno towarzysko.

Piękny wiosenny wieczór, piesek sobie radośnie obsikuje drzewko, ja nucę pod nosem, kolega pogwizduje wesoło, a szwagier mocuje się z zamkiem auta… Gdy zaczął rzucać na prawo i lewo wyrazami, zainteresował się nami spacerujący nieopodal patrol policyjny – panowie przystanęli w bezpiecznej odległości i zaczęli nas bacznie obserwować.
Postanowili interweniować, gdy szwagier zaczął zaciekle kopać w oponę: Dobry wieczór. Jakiś problem?
Odburknął: Nie mogę się dostać do samochodu. Ale dam sobie radę. Dziękuję.
Słyszymy w odpowiedzi: Nie szkoda tej opony?… A na pana dowodzik rejestracyjny możemy zerknąć?
Szwagier, podając funkcjonariuszom dokument: A proszę bardzo. Mój samochód, moja opona i będę sobie w nią kopał, kiedy zechcę.
Pan władza, patrząc w dowód rejestracyjny i drapiąc się z konsternacją po głowie: Muszę pana zmartwić. To niezupełnie pański samochód i niezupełnie pańska opona…

Kurtyna. 🙂

Kochanego ciałka nigdy nie za wiele…

Wiem, że powielam temat, ale muszę… Powiedzmy to sobie szczerze, prosto w oczy: Majkel ma nadwagę i muszę coś z tym zrobić. Póki co nie mam zbytniego pola do popisu – w trakcie kuracji sterydowej jestem jakby bezsilna i muszę przeczekać, starając się zapewnić kociszczu maksimum ruchu (taaa…).

Problem polega na tym, że – jak wszyscy już doskonale wiedzą – Miki żebrze. I podczas, gdy mnie już jego oczy kota ze Shreka kompletnie nie ruszają, to moi goście już niejednokrotnie polegli. Chociaż walczę prośbą i groźbą.

Rytuał Mikusińskiego wygląda tak:

–  dwukrotne okrążenie stołu przez wygłodniałe kocie oczy, na poziomie podłogi (brzuch, znajdujący się poniżej absolutnie do wygłodniałego zwierzęcia nie należy, za to oczy…);

–  dwukrotne okrążenie stołu przez padające z głodu kocie oczy, na poziomie krzeseł;

–  wymowne klapnięcie pupsztalem przed upatrzoną wcześniej ofiarą;

–  podniesienie w determinacji owego pupsztala i klapnięcie ponowne, z impetem, z włączeniem w oczach opcji: Jestem taki głodny koteczek… Nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałem coś w mordce… Podziel się, no weź… Może być nawet kiszony ogórek…

I, miauwa, udaje mu się. Zawsze znajduje ofiarę, która niczym niezapomniany Challenger transportuje mu drobne ładunki żywności na podłogę. Akcja zwykle kończy się radosnym beknięciem spod stołu, które to dekonspiruje obu przestępców – i dawacza, i żarłacza.

Majkel ostatnio próbował wskoczyć na parapet. Musiałam go podsadzić. Było mu głupio.

Następny dawacz oberwie w dziąsło, słowo honoru.

Koncert życzeń

  • Chciałabym, żeby wszyscy ludzie byli szczęśliwi i nie zabijali małych foczek.
  • Chciałabym, żeby mama…
  • Chciałabym, żeby było chłodniej, przez całe lato.
  • Chciałabym, żeby mój brat przestał biegać, a zaczął chodzić.
  • Chciałabym, żeby nie trzeba było płacić rachunków i żeby za progiem nie czyhali inkasenci z odstającymi uszami i z fakturą.
  • Chciałabym po prostu iść do księgarni i wyjść z workiem książek – i ze świadomością, że będę je miała kiedy przeczytać.
  • Chciałabym, żeby on przestał rozmawiać ze mną przez telefon zawsze wtedy, kiedy jedzie autostradą.
  • Chciałabym wyznaczyć jakąś linię demarkacyjną i zawrzeć rozejm z molami – dziś jeden hasał przy szufladach w sypialni.
  • Chciałabym, żeby moja siostra się w końcu ogarnęła.

No i czy to naprawdę tak wiele?…

Pająki

Nie lubię. Nie to, że się boję, czy brzydzę… Nie, nie. Od kiedy we wczesnym dzieciństwie jeden taki mnie użarł w nadgarstek i prawe przedramię przez jakieś dwa tygodnie było grubości mojego uda, nie darzę sympatią tego gatunku. I bolało, jak jasna cholera. Powyższy fakt mnie jakby usprawiedliwia, ne spa?

Mimo awersji, nie jestem w stanie ukatrupić z zimną krwią. Całkiem niedawno, natykając się w łazience na słusznych rozmiarów osobnika, zawyłam: Weź słoik i chodź tu szybko! I zrejterowałam do przedpokoju.

Brat mój, znając moją fobię, zamruczał pod nosem: Idę już, idę… Ale zabiję cię, jeśli ten pająk okaże się mniejszy od misia pandy… A po chwili: O ja pier…, jaki skurczysyn! Dzwoń po dźwig, policję, strażaków, ja go nie uradzę!

Ale jakoś udźwignął problem, złapał do słoja i wyrzucił przez okno.

 

Wczoraj jeden taki zameldował się na moim balkonie. Duży. Mam tylko nadzieję, że nie wtargnie do domu i nie zażąda obróżki z diamentami, wzięcia na kolana, przytulenia i wyczesania kłaków na nogach. Jeśli będzie próbował fikać, poproszę o dorzucenie się do czynszu i opłat eksploatacyjnych. Póki co w drogę mi nie wchodzi, a i ja staram się nie zakłócać jego prywatności.

Ma na imię Hieronim. Jakby co.

Łikędowo

Stoję na przystanku i czekam na mój autobus. Obok na ławeczce pochrapuje sobie zdrowo zawiany chłopina, a przy nim stoi opróżniona do połowy butelka piwa.

Podjeżdża policyjna suka, wysiada z niej dwóch policjantów i pyta: Czy ten pan zasłabł?
Ja, z z dobrodusznym uśmiechem: Chyba nie. Odpoczywa.

Władza budzi więc delikwenta: Panie! Pobudka! Halo! Zmęczony, co? Długo autobusu nie było, co? A ta buteleczka obok, to pana? Nie?? To nie będzie pan miał nic przeciwko temu, jeśli wylejemy? Wie pan, my tu krążymy już jakieś piętnaście minut, a pan tak uparcie tę wiatę podpiera… Szkoda nam się pana zrobiło…

Wtrąciłam się (oczywiście): Panowie, taki wiatr wiatr dzisiaj. Gdyby nie poświęcenie tego dzielnego człowieka, to nie wiem, czy ta wiata dałaby radę…

Funkcjonariusze szybko wymienili między sobą spojrzenia, zerknęli na mnie, potem na wiatę, znowu na mnie, w końcu na naprutego gościa i jeden wykrzyknął odkrywczo: Fakt! Panu się medal od miasta należy!

🙂

Wracam do normalności

Rozpizgnęła mi się ukochana zdobyczna kanapa. Z jednej strony znaczy. Tyle ludu zwykło na niej siadać z impetem, więc w końcu powiedziała: Basta! I gdy już męczyło mnie powtarzanie każdemu: Z lewej strony proszę ostrożnie, zaatakowano mnie kolejną ofertą nie do odrzucenia.

Prawie brand niu kanapo-wersalka została dziś przywleczona w moje progi przez dwóch usłużnych panów. Podziękowałam i wręczyłam czteropak Żywca, panowie podziękowali i się ulotnili. Jest piknie.

Przemeblowanko zatem poczyniłam. Meble z tarasu wylądowały na balkonie, wysłużona kanapa spoczęła na tarasie, następczyni stoi dumnie w salonie i epatuje. Jest rozkładana, więc niniejszym nie mam problemu z noclegowaniem większej ilości homo-ledwo-sapiens. Zatem zapraszam chętnych… 😉

 

Rudolf jest jakiś niemrawy. Rozwalił swoje kocie jestestwo na stole i kwili jak ranny łabądek. Jest ulubieńcem mojej matki, zatem był hołubiony, przytulany, głaskany, drapany, miziany ponad normę. Aktualnie ma focha. Rzucam zatem: Tęsknisz? No weź! Ja, kuźwa, jakoś nie!

 

Majkel za to rewelacja. Faszeruję go sterydami od niepamiętnych czasów. A on – jak na prawdziwego anabola przystało – nabiera masy… Bynajmniej nie mięśniowej… Byliśmy dziś u wet w celach poglądowych. Goi się. To najważniejsze. Nic to, że mam w domu kociego Pudziana, byle był zdrowy. Potem będę się martwić. Najwyżej oboje przejdziemy na dietę kapuścianą. Trudno.

 

Przespałam dwanaście godzin. Czuję, że żyję. 🙂

Mamuśka…

Moja matka jest równą babką. Naprawdę. Ma poczucie humoru, inteligencję i swoisty wdzięk. Pełni też rolę Głównego Załatwiacza w Rodzinie. Znaczy nikogo nie załatwia, nie, nie, ona załatwia sprawy. Nie ma takiej rzeczy na tym łez padole, której moja mama nie potrafiłaby załatwić od ręki (na cuda potrzebuje dwóch dni). I nawet się dogadujemy. Pod warunkiem, że dzieli nas odległość trzystu kilometrów. Pod jednym dachem wytrzymujemy bez spięcia góra trzy doby.

Otóż jest pewna cecha, której po mamuni kochanej niestety nie odziedziczyłam… Tą cechą jest umiłowanie sterylnego wręcz porządku. Sorry, Winnetou… Jestem bałaganiarzem. Ba! Jestem wręcz mistrzem w tworzeniu artystycznego bajzlu. Oczywiście nie lubię syfu, nikt nie lubi… Więc sprzątam, to jasne. Ale zebranie się do ogarnięcia tematu zawsze mnie boli upiornie. Równocześnie staram się zachować złoty środek – dom to nie muzeum, nie muszę latać ze ścierą świątek, piątek i niedziela. A moja matka musi.

Mój brat podchodzi do maminej pedanterii  na luzie. Kiedyś przejechała mu palcem po półce i grobowym tonem zapytała: Co to jest?

Brat, bardzo rzeczowo: To jest kurz, mamo. Jeśli już obejrzałaś, to odłóż na miejsce, proszę, bo bałagan się robi.

Ja tak nie potrafię. Zaciskam zęby, fruwam na wysokości lamperii ze zwilżoną szmatką i ścieram niewidoczny pyłek… Żeby tylko nie marudziła. Żeby nie wysłuchiwać. Żeby mieć święty spokój.

 

Czuję się dziś jak połknięty, przeżuty i wypluty gnat. Odreagowuję. I zbieram siły do nabałaganienia od nowa. Dużo pracy przede mną, bo póki co jest tu sterylnie jak na oddziale zakaźnym. Koty dziwnie na mnie patrzą…