Wiem, że powielam temat, ale muszę… Powiedzmy to sobie szczerze, prosto w oczy: Majkel ma nadwagę i muszę coś z tym zrobić. Póki co nie mam zbytniego pola do popisu – w trakcie kuracji sterydowej jestem jakby bezsilna i muszę przeczekać, starając się zapewnić kociszczu maksimum ruchu (taaa…).
Problem polega na tym, że – jak wszyscy już doskonale wiedzą – Miki żebrze. I podczas, gdy mnie już jego oczy kota ze Shreka kompletnie nie ruszają, to moi goście już niejednokrotnie polegli. Chociaż walczę prośbą i groźbą.
Rytuał Mikusińskiego wygląda tak:
– dwukrotne okrążenie stołu przez wygłodniałe kocie oczy, na poziomie podłogi (brzuch, znajdujący się poniżej absolutnie do wygłodniałego zwierzęcia nie należy, za to oczy…);
– dwukrotne okrążenie stołu przez padające z głodu kocie oczy, na poziomie krzeseł;
– wymowne klapnięcie pupsztalem przed upatrzoną wcześniej ofiarą;
– podniesienie w determinacji owego pupsztala i klapnięcie ponowne, z impetem, z włączeniem w oczach opcji: Jestem taki głodny koteczek… Nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałem coś w mordce… Podziel się, no weź… Może być nawet kiszony ogórek…
I, miauwa, udaje mu się. Zawsze znajduje ofiarę, która niczym niezapomniany Challenger transportuje mu drobne ładunki żywności na podłogę. Akcja zwykle kończy się radosnym beknięciem spod stołu, które to dekonspiruje obu przestępców – i dawacza, i żarłacza.
Majkel ostatnio próbował wskoczyć na parapet. Musiałam go podsadzić. Było mu głupio.
Następny dawacz oberwie w dziąsło, słowo honoru.