Ciepło się robi i koty mnie linieją. Kto ma w domu futra, ten wie. Kto ma w domu futra typu Kuzco, ten wie jakby więcej. Prezes zostawia swoją wełnę wszędzie, gdzie się otrze. I co z tego, że sierściucha czeszę? Syzyf to przy mnie cienias, mówię Wam. Śladów bytności tej czarnej fabryki kłaków nie mam obecnie chyba tylko w bieliźnie. (Choć właściwie nie sprawdzałam jeszcze tego faktu…)
Miki z kolei ma dokładnie na odwrót – wyłażący podszerstek pozostaje wiernie przy kocie, formując się w twarzowe kołtuny na całej powierzchni nosiciela. Nie byłby to żaden dramat, gdyby nie jeden drobny fakt… Majkel – jako jedyny z ferajny – szczerze nienawidzi czesania.
Dziś przemówiłam: Basta! Dosyć tego!
Zaspany Mikusiński spojrzał na mnie spode łba.
Obywatele! (Ludu pracujący stolicy!) Nie będzie kołtun pluł nam w twarz! (I dzieci nam germanił!)
Mikusiowe źrenice zwęziły się podejrzliwie.
Od dziś poniedziałek będzie w tym domu Dniem Czesania. Skończyło się rumakowanie!
Miki prychnął pogardliwie, majtnął ogonem i powrócił do przerwanej drzemki.
Rezon stracił, gdy wyciągnęłam oręż: szczotkę, grzebień, furminator i nożyczki… Matko kochana! Ten kot przekroczył naddźwiękową, przysięgam! Przed oczami mignął mi jeno rozmyty kształt, który zniknął w czeluściach transportera.
Ale nie ze mną te numery… W wydłubywaniu Majkela autsajd mam już niejaką wprawę (wspominałam coś o statku w butelce, tak?). Struchlałe kocie oczy wyrażały ni mniej, ni więcej: Wolę do weta! Błagam, zamiast czesania jedźmy do weta! Będę grzeczny! Proooszę!
Byłam nieugięta. Ba! Byłam jak Rambo! Albo jak Chuck Norris! Dałam radę, mimo że Miki stanowczo protestował, bulgotał jak stado indorów i wzywał na pomoc jakiegoś Raula…
– Raaauuul! Raaauuul!! Raaauuuuul!!! – niosło się przez jakieś pół godziny na dwie trzecie dzielnicy.
Kocurro teraz zaposiada gładką sierść i mega-focha.
A ja, dumna i blada, zasłużyłam na kawusię.
(Powiedziała i oddaliła się z wdziękiem, wycierając krew z czoła.)