Przelotem

Zarobiona jestem. Zajmuję się rodziną oraz ogarniam (staram się) pięć kotów i psa. 

(Niebieski kwiat i kolce… Niebieski kwiat i kolce… Niebieski…)

Zatem dziś jeszcze króciutko, tak?

Zdrowych pogodnych Świąt Wielkanocnych Wam życzę oraz smacznego jajeczka i wesołego króliczka. 🙂

Tydzień pod patronatem służby zdrowia

Co robi moja mama po operacji prawej ręki, gdy tylko wyjdę za próg? Sprząta. Jeśli mnie przez nią jasny szlag nie trafi, to będę żyć. Choć nie ma tego złego – chronicznie podniesione ciśnienie przyczyniło się do mojego niemal już całkowitego ozdrowienia. Tym bardziej powinnam żyć. A gdy już przeżyję tegoroczne mega-rodzinne święta, przeżyję wszystko i wszystkich.

Tymczasem moja siostra…

– Kurde, mam wrażenie, że znowu przytyłam w lewe biodro. A przecież jestem na diecie owocowo-warzywnej, tak? (Redds i chipsy paprykowe.)

Dzień później, po usg brzucha…

– Siostra, ty weź sobie wyobraź, lekarka mi powiedziała, że bardzo przyjemnie mnie się bada. Bo niby taka szczuplutka jestem i wszystko tak doskonale widać. Hm… Podejście do pacjenta ostatnimi czasy bardzo się poprawiło, nie sądzisz? Cóż za profesjonalny personel!

:))

Podajcie mi mój pilooocik!

Chora jestem. Potwornie. W czwartek wyrzucili mnie z roboty – tymczasowo – żebym się wyleżała i nie roznosiła zarazy. No to posłusznie leżę. Kaszlę, charczę, smarkam, trąbię jak z wieży mariackiej, w związku z czym mam obtarty nos i czerwone oczy, jak królik po kopulacji. A w domu unosi się subtelny zapach czosnku – nic, tylko gości zapraszać…

Są i jasne strony ostatnich dni. Zadzwoniłam do mojej byłej szefowej z zapytaniem, czy przyjęłaby mnie z powrotem na swój mymłon. Nie, nie rzucam etatu. Grypa ponoć miewa wpływ na kondycję serca, ale nie mózgu – w zaprzyjaźnionej branży rochę się ruszyło, zatem dorobię.

– Świetnie, Marta, że się zdecydowałaś. Przy okazji, ten facet z Długich Ogrodów, pamiętasz?… Dzwonił ostatnio i do tej pory tobą czka. Chyba mieliście dobry kontakt. Spotkaj się z nim, czuję, że jeszcze coś ugramy na tej sprawie.

Zamierzałam najechać czkającego dziś, ale… Trzeba mierzyć siły na zamiary. Myślę, że wizyta u klienta, po przeszło dwóch latach, z twarzowo czerwonym nosem, kichnięciem mu w oko i czosnkowym chuchem w nozdrza, raczej nie zaowocowałaby dealem życia.

 

Nie, nie robię kariery w agencji towarzyskiej, spoko. 😉

Trójmiejska masakra kotem organicznym

Ciepło się robi i koty mnie linieją. Kto ma w domu futra, ten wie. Kto ma w domu futra typu Kuzco, ten wie jakby więcej. Prezes zostawia swoją wełnę wszędzie, gdzie się otrze. I co z tego, że sierściucha czeszę? Syzyf to przy mnie cienias, mówię Wam. Śladów bytności tej czarnej fabryki kłaków nie mam obecnie chyba tylko w bieliźnie. (Choć właściwie nie sprawdzałam jeszcze tego faktu…)

Miki z kolei ma dokładnie na odwrót – wyłażący podszerstek pozostaje wiernie przy kocie, formując się w twarzowe kołtuny na całej powierzchni nosiciela. Nie byłby to żaden dramat, gdyby nie jeden drobny fakt… Majkel – jako jedyny z ferajny – szczerze nienawidzi czesania.

Dziś przemówiłam: Basta! Dosyć tego!

Zaspany Mikusiński spojrzał na mnie spode łba.

Obywatele! (Ludu pracujący stolicy!) Nie będzie kołtun pluł nam w twarz! (I dzieci nam germanił!)

Mikusiowe źrenice zwęziły się podejrzliwie.

Od dziś poniedziałek będzie w tym domu Dniem Czesania. Skończyło się rumakowanie!

Miki prychnął pogardliwie, majtnął ogonem i powrócił do przerwanej drzemki.

Rezon stracił, gdy wyciągnęłam oręż: szczotkę, grzebień, furminator i nożyczki… Matko kochana! Ten kot przekroczył naddźwiękową, przysięgam! Przed oczami mignął mi jeno rozmyty kształt, który zniknął w czeluściach transportera.

Ale nie ze mną te numery… W wydłubywaniu Majkela autsajd mam już niejaką wprawę (wspominałam coś o statku w butelce, tak?). Struchlałe kocie oczy wyrażały ni mniej, ni więcej: Wolę do weta! Błagam, zamiast czesania jedźmy do weta! Będę grzeczny! Proooszę!

Byłam nieugięta. Ba! Byłam jak Rambo! Albo jak Chuck Norris! Dałam radę, mimo że Miki stanowczo protestował, bulgotał jak stado indorów i wzywał na pomoc jakiegoś Raula…

Raaauuul! Raaauuul!! Raaauuuuul!!! – niosło się przez jakieś pół godziny na dwie trzecie dzielnicy.

Kocurro teraz zaposiada gładką sierść i mega-focha.

A ja, dumna i blada, zasłużyłam na kawusię.

(Powiedziała i oddaliła się z wdziękiem, wycierając krew z czoła.)

Dlaczego?… 16

Nie pisałam, bo mam znowu zniżkę nastroju. Znaczy taki maleńki dołek emocjonalny…

Lara standardowo posiada problemik kuwetowy… Dlaczego steryd skutkuje tylko na chwilę?

Majkel goi się zbyt wolno… Zmieniamy antybiotyk. Dlaczego się martwię?

Znalazłam kluczyk od skrzynki. Alleluja! Wraz z nim wezwanie do zapłaty… Dlaczego to dla mnie nic nowego?

Rudolf mruczy, że damy radę. Ma rację, jak zawsze. Dlaczego nie pójdzie do roboty, żeby wspomóc domowy budżet?

Kuzco wyje serenadę do swojej wyimaginowanej muchy na suficie… Zaraz mu Iwa standardowo dowali z backhandu. Dlaczego nie dociera do niej piękno kocurzej muzyki?

Powinnam umyć okna… Nie chce mi się. Dlaczego nie chcę widzieć świata zewnętrznego wyraźniej?

Za tydzień przyjeżdża mama – chata musi lśnić… Dlaczego, żeby sprzątnąć mieszkanie, nie wystarczy omieść go spojrzeniem?

Dlaczego mnie to wszystko dziś wmiauwia?…

O matce, ojcu… O rodzicach znaczy

Ogólnie rodziców mam w dechę. Naprawdę. Są wyrozumiali, cierpliwi, kochający, na domiar złego kochają zwierzęta i nas. (O noszeniu kreta na spacery przez mojego ojca pisałam na garnku.)

Za to my – potomstwo – nie zawsze byliśmy lekkostrawni. Dlatego też dziękuję opatrzności, że moi rodzice przedwcześnie nie osiwieli, nie wyłysieli i nie dostali zawału. Bywało z nami nielekko

Teraz mamy niepisany pakt (rzeczone potomstwo znaczy): cokolwiek by się u nas działo – problemy  sercowe, zdrowotne, zawodowe, brak kasy, doły, frustracje i depresje  – dzielimy między sobą. Rodziców oszczędzamy, jak możemy. Niech nam pożyją jak najdłużej…

 

Przyjeżdżają do mnie na święta. Mama będzie miała przy okazji operację ręki, zatem wzięłam wolne.

Dzwonię: Kiedy przyjeżdżasz?

–  W niedzielę.

–  Ok. Tylko pamiętaj… Rudy kot wzięty RAZ do łóżka, staje się rudym kotem napiętnowanym. Znaczy kotem-raz-wziętym-do łóżka… To skutkuje. Liczysz się z tym?

–  Oj tam, oj tam… Już nigdy w życiu.

–  Jak to? Zranisz jego uczucia!

–  Nie przeżyłabym tego! Ucałuj ode mnie Rudolfa w nosek!

Dzwonię: Tato, zamierzasz spać w domu, czy na tarasie?

(Mój ojciec uwielbia spać na świeżym powietrzu w śpiworze termicznym – w każdą pogodę.)

–  Oczywiście, że na tarasie! Czemu pytasz?

–  W takim razie muszę wyeksmitować Romana…

–  No co ty! Serca chyba nie masz. Pomieścimy się!

– Nie wyobrażam sobie, żeby mysz po tobie w nocy biegała…

– Przytulimy się. Cieplej będzie!

 

No i jak ich nie kochać?… 😉

Mistrzyni ciętej riposty

Wytoczę grubsze działa celem wstępu…

Mam bardzo chorą tarczycę, co powoduje u mnie częste huśtawki nastroju i kiepski metabolizm. Staram się dbać o siebie, przyjmuję hormony i przestrzegam diety. Z mojego jadłospisu jakiś długi czas temu musiały pójść won: pieczywo, makaron, kasza, ziemniaki, alkohol i słodycze. A ponieważ mam już takie smętne życie, to czasem się nie da… i pozwalam sobie na małe grzeszki.

Na przykład wczoraj…

Chodziły za mną placki ziemniaczane, od kilku dni. Chodziły, truchtały, biegały, aż w końcu mnie dogoniły, france…  Nażarłam się jak dzika. Skutkiem mojej słabości jest teraz ścisła dieta do końca tygodnia. 😦

 

A dziś w pracy uszczęśliwiała mnie od rana koleżanka Zofia, którą już tu kiedyś zareklamowałam.

Otóż Zosine usta się nie zamykają przez cały dzień – albo gada, albo je. A gada i je dużo.  Nie, nie je… Żre! Pachnąco… :/

Najpierw napachniła w pokoju kapuśniakiem, potem metką łososiową, a finiszowała aromatem świeżej buły i pasztetu

Jedna z koleżanek nie wytrzymała: Zofija… MUSISZ?

Zośka: Oj, no co wy! Ja też jestem na diecie. Tyle, że nie odchudzającej. Ja postanowiłam przeprowadzić oczyszczanie organizmu. To bardzo ważne i…

Koleżanka, zafascynowana: Nie gadaj! Oczyszczasz się pasztetem drobiowym?!

Zaparskałam monitor, klawiaturę i połowę blatu. Resztę dnia przepracowałam pod biurkiem. :))

(Co nie oznacza, że któregoś pięknego dnia nie zatłukę Zofii dziurkaczem. W afekcie, oczywiście.)

Błyszczyk do ust postrachem alergika

Zrobiłyśmy sobie z siostrą wieczór piękności: balsamy energetyzujące, peelingi, maseczki i inne tego typu świństwa. Jako, że generalnie rzadko się maluję (nie chce mi się), młoda strzeliła mi hennę na rzęsy i brwi. Oczywiście przy okazji nie omieszkała strzelić mi tą henną również w oko, kochana dziewczyna…

Finałem robienia się na bóstwa było bliskie spotkanie z błyszczykiem powiększającym usta, z racji pieprzu azjatyckiego w składzie. Dzięki temu fascynującemu doświadczeniu dowiedziałam się… że mam na ów pieprz azjatycki galopujące uczulenie z przytupem!

Wiecie, jak wygląda Andżelina Dżoli? A konkretnie – jak wyglądają jej usta? Ano wyglądają, jakby ktoś jej wiosłem w paszczę przyłożył… Otóż ja – po użyciu błyszczyka z tym cholernym pieprzem azjatyckim – wyglądałam, jakbym zarobiła w pysk kotwicą!

Usta, miauwa, na pół facjaty! Ów efekt specjalny utrzymywał się dobrą godzinę…

Siostra, pomijając napad niezdrowego chichotu, zachowała się nader lojalnie – nie robiła zdjęć, nie zadzwoniła do Wyborczej, nie wypłakała się w necie… Za to troskliwie przykładała mi lód do otworu gębowego…

 

Młoda jest w porządku (no… poza chichotem). To jedyna osoba w moim świecie, która obudzona w środku nocy telefonem ode mnie z informacją: Zabiłam go!, nie pyta kogo, nie szuka pobudek czynu, tylko ziewa i mówi: Się mu widać, k…, należało. Mam szukać łopaty?

🙂

Trzy opowiastki

Primo:

Moja winda nie chce mnie wozić na parter. Nie chce i koniec. Kilkakrotnie wciskam parter i pupa… Po opuszczeniu windy i skierowaniu się na schody, złośliwy dźwig posłusznie zjeżdża na dół. Wypraszam sobie. Jestem osobą gabarytów nikczemnych i waga mojego jestestwa bynajmniej nie przekracza dopuszczalnej normy 10 osób. No halo!

(Dodam, że na górę łaskawie wjeżdża ze mną w trzewiach bez fochów.)

Secundo:

Okazało się, że od kilku tygodni konsekwentnie i nader skutecznie podtruwałam koty. Karmą. Larze przerzedził się ogon, Kuzco dostał łupieżu, a Majki… wiadomo. Dziś przeczytałam skład… Miauwa!

(Pozostałości lecą na śmietnik.)

Tertio:

Dla równowagi smaczek z pracy…

Zosia przy telefonie: Ale o czym pan do mnie rozmawia? Jak to wyniesiono czaszkę? Jak można w ogóle wynieść czaszkę?! I nikt nie zauważył?… Halo!

Koleżanka obok: Jak to jak? W reklamówce, kuźwa!

 

Kurtyna.

 

I tym pozytywnym akcentem żegnam się z Państwem letko ozięble (albowiem jestem wmiauwiona), życząc Państwu miłego czwartkowego wieczoru.

Krótka bajka o trzech misiach

Do tej pory rozczulali mnie postawni panowie typu „duży miś” w dwóch wydaniach: duży miś z niemowlęciem na szeleczkach oraz duży miś z yorkiem na smyczy.

Dziś doszło mi trzecie… Duży miś za kierownicą fiata punto z naklejką na tylnym zderzaku: Nie trąb, ROBIM CO MOŻEM!

:))