Weterynaryjnie, zatem ciut nudno

Wczoraj poleciałam po receptę do wet, wykupiłam lek i podałam, wielce zadowolona z siebie.

Dziś mina mi zrzedła, bowiem wiedza moja została poszerzona dzięki czujności pewnej bardzo życzliwej osoby, której dziękuję po stokroć. Przeczytałam skład specyfiku… Okazało się, że pani pigulara sprzedała mi zamiennik leku o bardzo podobnej nazwie, o czym jakoś tak zapomniała mnie poinformować… Każdy może brać zamiennik – człowiek, pies, koń – ale nie KOT. KOT, proszę Państwa, to istota wyjątkowa i dziwna.

Podając niewłaściwy lek Mikusiowi, nie zrobiłam mu krzywdy (w innym wypadku rozdarłabym panią pigularę na takie strzępy, że musieliby jej zwłoki zbierać pincetą). Zamiennik zwyczajnie jest nieskuteczny.

 

Stawiłam się u wet po nową receptę.

– Pani doktor, ja przepraszam, nie spojrzałam wczoraj… Pani recepta była ok, ale w aptece niekoniecznie znają się na weterynarii. Kocia wątroba przekształca prednizon w prednizolon w nikłym stopniu, dlatego też pomyślałam, że…

Wet: Stop. Ma pani rację. Skąd, na Boga, pani to wie?!

– Szybko się uczę. Lada dzień otworzę własny gabinet, wydłubię sobie pieczątkę z ziemniaka i rozpocznę karierę. Ale uprzedzam, że będę się z panią konsultować w trudnych przypadkach…

Wet, z chichotem: Pani Marto, pani ma same trudne przypadki. Damy radę.

Co prawda, to prawda…

 

Kuzco ma tendencje do trądziku. Gdy tylko wyczuję grudki na kociej brodzie – w ruch idzie Hexoderm. Gdybym przeoczyła, kot by wyhodował sobie krwawiące wrzody w tydzień…

Rudolf lubi od czasu do czasu nabawić się grzybiczych zmian skórnych (nie zaraźliwych). Objawy – bardzo różne, ale już rozpoznawane przeze mnie bezbłędnie – tłukę w zarodku Fungidermem…

Lara – jak już powszechnie wiadomo – miewa od czasu do czasu problem kuwetowy. Gdy się przedłuża – pańcia już wie, jak okroić tabletkę Encortonu, żeby dawka była odpowiednia, i dopompowuje dziewczynie Scanemune na podniesienie odporności…

Mikuś na 99% cierpi na atopowe zapalenie skóry. Jestem jeszcze w trakcie zgłębiania zagadnienia… Objawy występują cyklicznie, póki co dwa razy w roku. Cholerstwo objawia się nadżerką na wardze i swędzącymi zmianami na skórze głowy. Nadżerka jest idealnym siedliskiem bakterii, zatem postępujemy według schematu: wymaz, antybiogram, a następnie właściwy antybiotyk, Zilexis, Encortolon na noc i maść cynkowa z taniną na wygojenie ranek po drapaniu…

Iwa… Tu nie mam nic do powiedzenia. Wspominałam, że to super zdrowy kot i nigdy w życiu nic jej nie dolegało.

 

Skąd to wszystko wiem? Od znajomych weterynarzy w realu i online, od Wujka Google, od życzliwych ludzi, którzy mają doświadczenie i radzą… A ja chłonę wiedzę jak gąbka.

 

To co?… Mogę już otwierać gabinet?… 😉

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

Zgubiłam kluczyk do skrzynki pocztowej. Drugi raz w tym roku. A mamy dopiero marzec. Nie ma, wcięło, pod ziemię się zapadł… To już zaczyna się robić nudne. Gubię wszystko. Jak leci: klucze, faktury za prąd, ładowarkę do telefonu, kartę pamięci do aparatu, portfel… Właściwie chyba nie ma takiej rzeczy we wszechświecie, której bym nie była w stanie zgubić. Kiedyś zgubiłam samochód. Serio. Zapomniałam, gdzie go zaparkowałam. Któregoś pięknego dnia zgubię własną głowę. Dziwię się, że kotów jeszcze nie pogubiłam…

I tak a propos – Lara ma dziś ponownie luźne podejście do życia. Jest wartka akcja – biegam, wycieram, myję, sprzątam… Normalnie sobota pod patronatem kuwety. Zacnie.

Ale – żeby nie było, że wyłącznie marudzę – są i dobre akcenty weekendu, tak dla równowagi. Majkelowa paszcza się goi. Powoli, opornie, ale widzę poprawę. Chodzę zatem z bananem na obliczu. 🙂

A kluczyk?… Kto by się przejmował takimi duperelami. Gdzieś tam w wielkim świecie zgubili boeinga, a ja tu wyjeżdżam… Pfff! Z kluczykiem… Pfff!

Z ogórem w tle

Otwieram rano lodówkę… Drzwiczki zassały, więc szarpię… I SRU!

A któż to mógł zostawić na najwyższej półce lodówki wiaderko kiszonki, z pływającym tamże jednym, jedynym ogórem?… No któż, miauwa?… Na rodzinę zawsze można liczyć…

Zawartość wiaderka wylała mi się centralnie na twarz i podtopiła dokumentnie. Ogórowa zalewa wypełniła moje zatoki w parę sekund. Zaczęłam się krztusić i charczeć o pomoc.

Słyszę jak przez mgłę mojego brata: Światełko na lodówce! Skup się! Jasne światełko! Płyń w stronę latarni!

Wymachuję rękami, dusząc się na całego…

– Nie widzisz latarni? No weź! To dryfuj, siostra! DRYFUJ!

 

Kiedyś go zatłukę, jak mi Bóg miły…

Dostanę zawiasy za zbrodnię w afekcie…

A na forum lokalnym…

Pewien Bogu ducha winny człowiek, pochodzący ze świętokrzyskiego, postanowił zamieścić niewinny post:

Witam. Zamierzam razem z rodziną przeprowadzić się do Trójmiasta. Jak radzicie, które miasto jest fajniejsze do zamieszkania? Gdańsk czy Gdynia?

No to lont został podpalony…

Odzywa się Gdańsk:  U nas jest fajnie. Klimatycznie. I – w przeciwieństwie do Gdyni – mamy starówkę. Gdynia to taka przerośnięta wioska marynarska.

Na Gdynię nie trzeba było długo czekać: Zapraszamy do nas. Gdynia to super nowoczesne miasto. W Gdańsku tylko korki. I same kocie łby.

Po minucie: Kocie łby? Sam jesteś koci łeb! A korki to u Was non stop. Kiedy ostatnio zjeżdżałeś Wielkopolską z obwodnicy, łosiu?

Po kolejnej minucie: Sam jesteś łoś!  Gdańsk wymiera po północy, bo emeryci z tej Waszej starówki się skarżą, że nie mogą spać. Gdynia żyje 24 na dobę. I się rozwija. A Wy co?

Po dwóch sekundach: My się nie rozwijamy niby, hę? Do pięt nam nie dorastacie! Do tego mamy legendy, historię, tradycje…

Po czterech sekundach: Tradycje? Pfff! Błagam! Ostatnio Neptuna Wam musiano restaurować, bo się ta Wasza tradycja rozpadać zaczęła. A żurawia czyścili jakiś miesiąc, tak go gołębie optakały…

Gdańsk: My mamy w herbie przynajmniej dwa dumne lwy, a Wy co?… Dwa zdechłe śledzie…

Gdynia: …

Dalej nastąpiło apogeum, czyli wirtualne napierniczanie się po pyskach.

Po jakiejś godzinie odzywa się pewien śmiałek: Witam. Jestem z Sopotu. Ci dwaj powyżej przez nasze miasto tylko przejeżdżają.  Żeby się dostać do roboty. Dużo Gdańszczan pracuje w Gdyni, równie dużo Gdynian w Gdańsku, więc słyszymy tylko ziuuu, ziuuu, ziuuu…  A my tu spokojnie sobie żyjemy. Rozważałeś Sopot?

🙂

(Osobiście odradzam. Sopot jest przepięknym, klimatycznym miastem, ale w sezonie wysypu stonki… hm… znaczy turystycznym – jest masakra. Ceny nieruchomości również mogą zabić, so…)

Rodzinnie

Mój brat zamierza mi złożyć wizytę. Wszystko fajnie, tylko fakt ten oznacza, że pewnie ma kłopoty i musi się wygadać. On ma wprost niesamowity dar do wpadania w tarapaty. Ja wprawdzie też, ale moje problemy bywają zazwyczaj nieco mniejszego kalibru.

Z reguły wygląda to następująco:

Telefon, czwarta rano: Cześć, siostra. Śpiiisz?

– Nie, no co ty. Czuwam, z nudów przepisuję zeszyty z liceum i czekam na twój telefon. A co myślałeś?

– Aaa… Spałaś… Sorry… Siostraaa… Przyjechałbym do ciebie, cooo?

– No jasne. Kiedy będziesz?

– To może już się nie kładź… Za godzinkę jestem.

Tadam!

Tym razem zaanonsował się z jednodniowym wyprzedzeniem i wybił mnie z błogiego snu tuż przed północą. Zatem nie mogę narzekać – jest postęp.

Mam nadzieję, że przywiezie ze sobą jakąś wałówę. Bo u mnie w lodówce jest tylko światło, mleko, cztery kurze jaja i stary śledź, który – sądząc po wyglądzie – czasy świetności ma już dawno za sobą.

 

Nie, nie martwię się, ani nie denerwuję. Jestem wyluzowana jako ten kwiat lotosu na spokojnej tafli jeziora…

Poniedziałkowo

Nie wiem, jak w innych rejonach kraju, ale na wybrzeżu letko wieje. Tak tyci. Mało mi dzisiaj łba nie urwało przy samym zadku. Niniejszym życzyłabym sobie hibernację, dopóki to diabelstwo nie ucichnie.

Zrobiłam dziś Mikusińskiemu wycisk. Wycisk wary na szkiełku mikroskopowym, konkretnie. Dla pewności na trzech szkiełkach. Jutro pofruną Pocztą Polską na cytologię. Teraz schną.

Majkel obrażony w stopniu średnim, ja dogorywam. A to dopiero poniedziałek…

 

Wyczytałam dziś: zwierzęta różnią się od ludzi m. in. tym, że nie posiadają owych ludzi w swoich domach.

Myślę, że koty nie do końca by się zgodziły z tym stwierdzeniem… 😉

Rudy szał ciał

Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że koty dzielą się na dwie grupy: rudzielce i pozostałe.

Pytanie nasuwa się samo przez się: na co tym razem wpadł mój osobisty rudzielec? Ano wpadł już dawno, tyle że zapomniałam się wyżalić w tym temacie, bo dawno swojego hobby nie uskuteczniał. Do wczoraj…

Otóż, mieszkając pod jednym dachem z Rudolfem, należy pamiętać, żeby nie zostawiać mu do dyspozycji łazienki. Rudolf uwielbia wypełniać swoim jestestwem zlew, wannę i brodzik, zostawiając wszędzie rude kłaki. Muszla klozetowa też bywa często wypełniania Rudolfem, gdyż zawsze trzeba sprawdzić, jakie to niespodzianki owa muszla w swoich zakamarkach skrywa. Poza tym Rudolf uwielbia robić totalną rozpierduchę na szafkach i półce przywaniennej, gdzie stoją różne kolorowe rzeczy, które w zderzeniu z podłogą robią fajne: brzdęk jebut sru.

Jest jeszcze jedna rzecz, która nie umknie uwadze Rudolfa… Mianowicie…

(…w tle muzyka z Psychozy, scena pod prysznicem…)

kosz na brudną bieliznę.

Nie mam pojęcia, jak go otwiera – robi to, gdy łazienka zostanie nieopatrznie pozostawiona niedomknięta i bez nadzoru. W każdym razie otwiera i ryje.

Z reguły rude wyczaja moment, kiedy któryś z obecnych w domu gości nie zamknie za sobą dokładnie drzwi do przybytku… Gdy jest to koleżanka z pracy, pół biedy… Gdy jest to koleżanka z małżonkiem, to już gorzej, ale do przeżycia… Gdy padnie na wizytę mojej cioteczki bą tą ą ę bułkę przez bibułkę, jest mogiła…  Rudolf bowiem postanawia zaistnieć i wkracza na pokoje z dumnie uniesioną kitą, z bardzo zadowoloną miną, dzierżąc w pysku moje gacie. Mina cioci bezcenna…

Zaprawdę zaprawdę powiadam Wam, kto nie ganiał 8-kilowego kocura, spieprzającego trasą krzesło – stół – płyta kuchenna – okap – szafka pod sufitem, ciągnącego za sobą Wasze majty, ten nie zna życia.

Na dobry początek łikendu

Pięknie jest. Doprawdy wybornie.

Dzisiejszy cudowny piątunio zaczęłam z potwornym bólem żołądka. Jestem przygotowana na takie akcje, bo to nie pierwszy raz (i zapewne nie ostatni). Zatem łyżeczka cukru, krople miętowe i… nie w tę dziurkę poszło, tak? Sierota się zakrztusiła… Dostałam takiego ataku kaszlu, że prawie wykasłałam sobie oczy.

(To nie jest śmieszne – czuję, że prawe mi się chyba trochę obluzowało.)

Następnie, kierując się do kuchni w celu napicia się wody, potknęłam się o Iwę, domagającą się ukochania teraz, natychmiast, NAŁ… i przygrzmociłam czerepem w szafkę. Nosz miauwa, przez chwilę myślałam, że mózg mi wypadł!

(Lód nie dał rady, nad prawym okiem wyrósł mi guz wielkości piłki golfowej.)

Ogarnęłam się dzielnie, zapakowałam do torebki ibuprom i ruszyłam na zakład. Do pracy znaczy. A tam radośnie zmasakrowałam się do końca. Jak już coś robię, to porządnie, tak?

Więc (nie zaczyna się zdania od więc) koło południa wdrapałam się na drabinę, żeby spod sufitu wyjąć segregator i… pięć innych, równie ciężkich, spadło na moją obolałą łepetynę, w tym jeden bardziej.

(Zarejestrowano obecność drugiej piłki golfowej – nad lewym okiem.)

Kończąc ten – jakże uroczy – dzień roboczy, schodząc po schodach skręciłam nogę w kostce. Prawą. Dociskał ktoś pedał gazu i hamulca skręconą nogą? Nie polecam. Do domu wracałam systemem Zosi – 50 na godzinę, trochę zła (trochę bardzo).

Liżę rany. Na czole mam rogi – wyglądam jak łoś. Żołądek odpuścił, za to napiernicza mnie kostka i łeb.

Niech mnie ktoś przytuliii…

Wyjdziemy z tego

Nie będzie nam żadna bakteria pluła w twarz. Tudzież w pysk. Damy radę. Dzięki słodyczy Mikutka, mojemu uporowi, ciepłym słowom od przyjaciół oraz zaangażowaniu mojej wet i Twoim, kochana Kobieto. 😉

Jest tu parę wspaniałych osób, którzy przywrócili mi wiarę w ludzi. Dołączyłaś do tego grona. Dziękuję za wszystko.

 

A ja co… Wzięłam się w garść i z nową energią siłuję się z życiem na rękę. Na razie jest remis. Ale spoko. Wprawdzie rączulki mam wątławe, ale za to mocne. Lata gry w tenisa zaowocowały kilkoma kontuzjami, piętnastoma szwami w dwóch miejscach, ale i tzw. parą w łapie. Nie dam się. Przywalę losowi z backhandu i się skończy rumakowanie.

 

A w robocie wizytację mieliśmy. Z ZUS-u. Nie wiem, co się wydarzyło, że taki nieziemski zaszczyt nas kopnął, doprawdy. Panie posiedziały troszkę, poszperały w dokumentach i wyszły – zielone na twarzach. Ha! Nasze służbowe skróty myślowe zrobiły swoje.

Bowiem ktoś spoza EKW (Ekskluzywnego Klubu Wtajemniczonych) może nie przełknąć tak gładko urzędniczych dialogów typu:

– Marta, a zwłok dziś nie było?

– Były. Cały stos.

– I co z nimi zrobiłaś?

– Zaniosłam na drugą stronę.

– Już? Chciałam je najpierw zarejestrować.

– Oj, nie histeruj. Tomasz je opieczętuje i odniesie z powrotem. Najpóźniej jutro. Lepiej ci?

 

Powolutku wracam do ludzi. 🙂

W tzw. skrócie telegraficznym, MIAUWA

Miki nadal walczy z infekcją.

Laboratorium nr 2 przysłało wynik różniący się nieco od wyniku z laboratorium nr 1.

Nowa próbka i wysyłka?… Nie wiadomo, czy jest sens… 60 zeta… Miauwa…

Zastrzyk wzmacniający odporność?… Nie wiadomo, czy pomoże… 80 zeta… Miauwa!

Spreparowanie po badaniu szczepionki immunologicznej? Nie wiadomo, czy zadziała… 250 zeta + koszt kolejnych zastrzyków… Miauwa mać!

Jestem zła, wściekła, wmauwiona na maksa. Nie wiem, co robić. Czekam na pomysł wet. 

Z drugiej strony cieszę się, że Mikutek nie trafił na inny „dom”. Tam może nie mieliby dylematu wobec tylu trudności… 

Dobrze, że Majkel jest ze mną.

Ale chwilowo nie ogarniam, miauwa…

Smutno mi…